| Strona startowa Ayahuasca Ceremonie w Holandii Relacje Ayahuasca i Eleusis Mit Eskulapa Ceremonie świątynne Yage a napój bogów Aya i piramidy Rośliny mocy Chemia Duchy roślin Peruwiańska legenda Ayahuaskowe kościoły Terapia Magiczne kręgi Medycyna Uzdrawianie... Prawo Artykuły Mój pierwszy raz Moja misja Moje ceremonie O mnie Pytania i kontakt Przyjaciele |
Aktualności POWRÓT
MÓJ PIERWSZY RAZ - RELACJA ALDONY ."...Obleciałam wielokrotnie kulę ziemską, wnikałam we wszystkie możliwe kultury. Byłam rabinem, mongolską szamanką, hinduską... " czytaj więcej... ICAROS - medycyna magiczna O cudownym uleczeniu postępującego łysienia, patrz: ICAROS... - w zakładce Uzdrawianie... RELACJE MOICH PRZYJACIÓŁ ![]() ANDRZEJ Za tę relację otrzymałam sporo podziękowań, więc celowo umieszczam ją na początku. Jeden z moich sposobów, z powodzeniem wykorzystany przez Andrzeja, okazał się bardzo pomocny ludziom, którzy w trakcie rytuałów mieli problem z otwarciem się na przeslanie ayahuaski. Na spotkanie z Ayą przyjechałem w bardzo złym stanie emocjonalnym. Po wielu traumach w dzieciństwie stałem się bardzo zablokowanym, niedostępnym, zamkniętym w sobie człowiekiem. Wiodłem koszmarne życie samotnika, zupełnie bez przyjaciół, nie mówiąc już o jakiejkolwiek dziewczynie. Dwa i pół roku wcześniej zacząłem terapię z wewnętrznym dzieckiem i choć dała mi wiele, ostatnio utknąłem w martwym punkcie. Wiedziałem, że nie ruszę dalej, jeśli nie wydarzy sie w moim życiu coś naprawdę radykalnego. Przeczytałem książkę o ayahuasce, pomyślałem, że to byłoby dobre dla mnie. Zastanawiałem się, skąd, jak, gdzie, kto to robi? - Tego samego dnia przyszedł e-mail od Aldony. No i... pojechałem na ceremonię. Pierwszego dnia NIC SIE NIE WYDARZYŁO, tzn. nie miałem kompletnie żadnych specjalnych doznań, co najwyżej bardzo smutne, luźne, jakieś archetypowe, niewyraźne sceny (moje sny są o wiele wyraźniejsze). Byłem zawiedziony i zły; długa podróż, wyrzeczenia (a byłem akurat kompletnie spłukany)! Aya miała być moją ostatnią deską ratunku! Podobno osoby po takich traumach, jakie ja miałem, często nie potrafią otworzyć się na ducha rośliny. Podczas omawiania rytuałów dowiedziałem się, jaką postawę emocjonalną/duchową należy przyjąć, co robić, by się DZIAŁO. Drugiego dnia, po pierwszym kieliszku bardzo mocno poczułem czakram serca (ból tępy, nie za silny, ale nieustanny). Znak, że COŚ SIĘ ZACZYNA I DZISIAJ SIĘ WYDARZY.- Tak baaardzo pragnąłem się otworzyć na Ayę. Wyobrażałem sobie sceny, kiedy byłem dzieckiem i silnie odczuwałem MIŁOŚĆ - do koleżanki, która lubiła robić mi porządki w piórniku. Miałem pomysł, że odczuwając MIŁOŚĆ, stworzę kanał dostępu dla ducha roślinki. I chyba miałem rację. Przez ok. 2,5 godz. (odczułem to jak 30 min.) męczyłem się, nieprzerwanie czując ból w sercu i próbując się otworzyć. W końcu usłyszałem wezwanie na kolejne picie ayahuaski. Po kilku minutach dalszej walki UDAŁO SIĘ. Pragnę zaznaczyć , że tych doznań absolutnie nie da się opisać słowami. Chyba dlatego, że słowami opisujemy zwykle zjawiska, mające odniesienie do życia codziennego, tzw. "normalnej" rzeczywistości. Tamte doznania nie maja wiele wspólnego, z tym, co znamy, są absolutnie odmienne. To było, jakby duch rośliny wciągnął mnie w samo centrum potężnego tornada. Cały układ energetyczny został teraz doskonale przeczyszczony, odblokowany , zharmonizowany. Czułem, jakby przelewała się przeze mnie potężna rzeka. Mój oddech był nieprawdopodobnie głęboki, długi, intensywny. Wdech "1000" litrów powietrza, wydech - tyle samo. Porwała mnie fala płaczu, niezwykle głębokiego, intensywnego, z samego dna mej istoty. Płakać mi się chce, jak o tym piszę i za każdym razem, gdy sobie to wszystko przypominam. To było takie cudowne, oszałamiające; być doskonale otwartym, mieć takie potężne prawo być tu NA ZIEMI, mieć taka siłę, pewność siebie, jakiej nigdy nie miałem (przynajmniej dokąd ma pamięć sięga). W pewnym momencie doświadczyłem, jakbym się na nowo narodził. To było tak szalenie emocjonalne, tak głębokie doznanie. Poczułem tak silną MIŁOŚĆ do małej istotki , która się właśnie urodziła i to byłem ja - taki kochany. Nigdy wcześniej sie takim nie postrzegałem/odczuwałem, takim wartym miłości, niewinnym... Moje ręce same (bez mej woli czy siły) cudownie tańczyły w rytm wspaniałej muzyki, która przez cały czas płynęła z głośników. Czułem, jak z każdej ręki wypływała mi potężna energia, jakby rzeka. Moja twarz miała kompletnie inny wyraz niż normalnie. Byłem zupełnie inną osobowością - bez ograniczeń czy jakichkolwiek zahamowań. (...) Kochałem. Emocje mnie zalewały. "Wyprawiałem" nieprawdopodobne wygibasy; prawie, że stałem na uszach. W pewnym momencie fala energii popłynęła w dół i poczułem ból w podbrzuszu (bo - jak sądzę - tam mam najgorsze blokady). Usłyszałem, że: "teraz schodzi "Anioł", aby uzdrowić moje serce i przywrócić je do pierwotnego stanu. Mam się tylko poddać. Czułem się jak mały dzidziuś, którym opiekują się, kochający, bardzo ,troskliwi rodzice... Poddałem sie temu procesowi. ------------------------------------------- Dziś, z perspektywy 3 kolejnych wyjazdów na ayę, mogę śmiało powiedzieć, że to najefektywniejsza, najsilniejsza metoda terapeutyczna, z jaką zetknąłem się w moim życiu. Każda kolejna sesja coraz bardziej mnie otwiera wewnętrznie, daje ogromną nadzieję, że jestem już w stanie stworzyć udany związek z kochaną dziewczyną.Już teraz, gdy moje serce zostało całkowicie uzdrowione, jestem niejako w innej "bajce". Zniknęli z mojego życia ludzie, którzy nie darzyli mnie szacunkiem, próbowali poniżyć czy ośmieszyć. Wcześniej ciągle mnie to spotykało. Teraz patrzę na świat z miłością. To absolutnie wspaniałe następstwo transformacji wewnętrznej, jaką przeszedłem. Czuję ogromną wdzięczność do wszystkich Istot Wyższych, Przewodników, Opiekunów, duchowych Aniołów, Boga , którzy w tym procesie grają "pierwsze skrzypce". Jestem absolutnie pewien, że bez ich decyzji, wsparcia, Miłości i Współczucia nigdy bym sobie z tymi potężnymi problemami emocjonalnymi nie poradził. Czuję wielką pokorę wobec Ich potęgi i Wspaniałości. LUBA (Ukrainka. Nie koryguję błędów dla szczególnej melodii języka.) Nie wiem od czego mam zacząć, bo to co przeżyłam jakoś ciężko powiedzieć słowami czy opisać na papierze, ale spróbuję...Moje życie wcześniej wyglądało bardzo szare. Jakieś takie aby do lata, a później do zimy i właśnie nic w tym nie było. Codzienność nic nie przynosiła; praca, dom i taka pustka. Nawet sobie nie wyobrażała, że to wkrótce się skończy. I tak się stało. Po ceremonii wszystko wokół mnie zmieniło się, a najbardziej ja sama. Wyrzuciła z siebie wszystko, co tak naprawdę nie dawało mi żyć: złość, zazdrość, smutek, strach i obawy. A w zamian wypełniłam się wielkim Dobrem i Miłością. I czuję, jak to we mnie żyje. I to je takie piękne i razem z tym przychodzi takie wielkie szczęście!!! Więc czego więcej trzeba w życiu kiedy w Tobie Miłość, Dobro i Wielkie Szczęście? DOROTA (lekarka) ![]() Przed ceremonią... w trakcie... ...przed wyjazdem do domu ŁUKASZ Po wypiciu pierwszej porcji ayahuaski pokazały mi się kolorowe wzory i ogarnęło mnie uczucie jakiejś nieokreślonej lekkości. Wzory przeistaczały się w przestrzenne konstrukcje, jakby tysiące indonezyjskich rzeźb z widocznymi szczegółami. Po chwili setki szklanych kul, wypełnionych kolorowymi kamykami. Obracały się wokół siebie i przenikały się wzajemnie. Czułem powiększającą się przestrzeń wokół mnie. Sącząca się w tle muzyka wzmacniała wciąż zmieniające się wizje (...) Intensywność i zmienność wzorów nie miały końca... Poczucie czasu gdzieś znikało. W głębi doznań poczułem jedność wizji z moim ciałem oraz uczestnikami ceremonii. Czułem, że unoszę się ponad ciałem wielkiej, nienazwanej jedności. Ok - pomyślałem - teraz niech Aya porwie mnie w kosmiczną przestrzeń... Niestety mój organizm i wewnętrzny głos mówił:"hello! wracamy!" - I wysyłał mnie na rozmowy z Bogami do WC :) Byłem niepocieszony.. czułem się jak dziki zwierz zamknięty w klatce. Chodząc w tą i z powrotem warczałem na siebie i na otaczający mnie świat. To była nieprzyjemna walka z własnym, zagubionym cywilizacyjnym JA. Powrót na sesję spowodował, że gdzieś odleciała duchowość, a pojawiła się wesołkowatość i niewybredny żart. Jednak pod koniec sesji poczułem jakąś ulgę i oczyszczenie sprzecznych, kłębiących się we mnie emocji dobra i zła. Wiedziałem już, że walka samego ze sobą była mi bardzo potrzebna. Cały drugi dzień przed sesją czułem się totalnie psychicznie i fizycznie wyczerpany. Stwierdziłem, że niczego nie chcę oczekiwać i poddaję się w pełni. Sesja znów zaczęła się kolorowymi wizjami, teraz jednak otaczał mnie wewnętrzny spokój. Wizje wężowych serpentyn stawały się co raz bardziej soczyste i wręcz czułem w dłoniach ich plastelinową miękkość. Czułem, jak kolory przechodzą przez moje ciało, które samo staje się jedną kolorową wizją.Nagle zaraził mnie lekki śmiech współtowarzysza i po chwili śmiała się cała grupa. Śmiech ten był tak szczery i jednoczący nas ze sobą, że trudno to opisać. Widziałem, że stajemy się wspólnym jednym bytem. To było cudowne, łzy ze śmiechu ciekły mi po policzkach. Sytuacja ta wracała chyba jeszcze ze trzy razy. Dawno tak się z serca nie śmiałem. Położyłem się na brzuchu. Czyjaś ręka dotknęła moich pleców i poczułem wydobywające się z tej dłoni ciepło z widoczną, białą otoczką. Ogarnęła mnie odprężająca ulga i zobaczyłem, jak na wysokości mojego mostka tworzy się czworokątny ornament, z którego na wszystkie strony wylatuje białe światło. Rozlewało się w głąb ziemi jak górski potok, płynąc niespiesznie w pełnym majestacie. To było niesamowite otwarcie jakichś wrót czystej, nienazwanej energii. Za chwilę ktoś masował moje stopy i czułem, jak ciało moje odpływa i wydłuża się w nieskończoność. Teraz wiem, że nastąpiło wielkie ostateczne oczyszczenie mojej zatrutej duszy... Po tym przeżyciu pojawiły się wizje kolorowych, niesamowitych zwierząt. Tęczowe węże przenikały moje ciało, z którego zaczęły wylatywać niesamowite ptaki, plujące kolorami! Ciało i przestrzeń już nie istniało. Byłem JEDNYM. Nagle zacząłem mówić dziwnym językiem, który pojawił się niewiadomo skąd ! Widziałem jednocześnie siebie i moją współtowarzyszkę sesji, że leżymy pod wielkim drzewem życia, nie wiem dlaczego, ale czułem, że właśnie to jest jakieś życiodajne drzewo z początku ludzkości! W tym samym czasie przechodzący koło nas Jarek stawał się wielkim ciepłym światłem. Teraz byliśmy małymi bezbronnymi dziećmi, otoczonymi niesamowitym spokojem. Wtem poczułem, że JEST WE MNIE JAKAŚ OSOBA! Stałem się szamanką indiańskiego, nieistniejącego już plemienia! Nie do opisania!... Wiedziałem, że jest ona chuda i wysoka, płynęła z niej niesamowita mądrość, nieopisany spokój miłości i szczęścia. STAŁEM SIĘ NIĄ ! Tajemniczy język się ze mnie wydobywał z jakimś wielkim spokojem i gardłowymi głoskami, których później nie mogłem powtórzyć. Widziałem wielką dżunglę. Z korzeni i lian powstała kulisto- jajowata konstrukcja, z której patrzyła na mnie szamanka. Czułem sercem, jak jednoczę się z planetą, Ziemia i ja stajemy się jednym, nie ma już ciała, nie ma nic - jest tylko czysta energia! Wszystko to działo się jakby w jednym momencie ! Jakie to było piękne... Tajemniczy język wciąż się ze mnie wydobywał i zmieniał, stając się jednością z moimi towarzyszami sesji... Wnet czułem, że dotykiem palców wskazujących wszystko uleczam! Rozlewająca się z palców energia spadała na moich duchowych przyjaciół .. JA czy nie JA? Dotykałem bolące mnie miejsca i ból natychmiast znikał. Nagle usiadłem i wciąż szepcąc zapomniany język zrozumiałem: AYA TO JA! O rany! Wszystko jest w nas gdzieś schowane za kotarą ziemskiej i cywilizacyjnej nieświadomości... Teraz spokojnie położyłem się na wznak i czułem, jak nagle dostaję dziwnych drgawek, które znikały po chwili. Szamanka gdzieś ze mnie odchodziła, ale język jej wracał. Poczułem jak duchy lasów przechodzą przeze mnie i unoszą mój tułów. Po chwili odchodzą... Byłem w pełni tego świadomy i wiedziałem, że TAK WŁAŚNIE JEST I TAK MA BYĆ! Czułem wielką jedność z samym sobą i planetą... Zrozumiałem, że szukając Boskiej cząstki, znalazłem ją w sobie i to MY jesteśmy cząstką nienazwanego. Bóg jest nami i my jesteśmy Bogiem. Planeta Ziemia jest naszą wieczną MATKĄ. WOJTEK(artysta, nieufny sceptyk i naczelny krytyk) Więc byłem, jestem... i może tak zostanie, w dalekiej podróży. I jest to trochę tak, jakbym pisał z daleka, albo wręcz przeciwnie, z bardzo bliska.... Cieszę się, że się spotkaliśmy, tyle że - nie powiedzieliście mi - sam sobie nie powiedziałem również - że dostanę czerwoną pigułkę... i że nie ma odwrotu. Bo gdyby był wybór, nie wiem czy bym się zdecydował na takie woyage.... w głąb otchłani. Możecie to nazwać duchem Ayi, Bogiem, tripem czy jakkolwiek inaczej...., ale bez względu na to, jaką ścieżką zaczniesz iść, jakiego klucza użyjesz i do których drzwi zapukasz, trafisz w to samo miejsce. Miejsce, gdzie będziesz musiał się zmierzyć z własną słabością, strachem i ignorancją.... W miejsce, gdzie myśli są tak czyste i jasne, że nawet sam siebie nie możesz już dłużej oszukiwać..... Każda słabość, fobia, strach i fascynacja ukaże ci się ze zdwojona lub zwielokrotnioną siłą i nie odejdzie, aż się z nią nie pogodzisz..... Heh, nie wiem czy to zabrzmiało jakkolwiek sensownie - wciąż jestem w pociągu powrotnym..., ale może udało mi się przekazać, co się w głowie mojej roi. . Gdy znów się spotkamy, będzie wam łatwiej mnie ogarnąć, a mnie łatwiej zaufać...... Nie boje się już, nie tylko nie tak panicznie jak podczas ceremonii, ale nie boje się wcale.... Aż mi się nie chce w głowie zmieścić, jak sposób myślenia zmienia sposób widzenia, a dalej - wygodę siedzenia. ![]() MICHAŁ(grafik) Rysunek (z lewej) tuż po ceremonii AGNIESZKA (artysta plastyk) Obraz (z prawej) namalowany po ceremonii Jestem bardzo szczęśliwa że jesteście:) i ze robicie taka piękną transformacje dla świata i że mogłam tego doświadczyć... .....Wracając samochodem poczułam jak Miłość i Błogość, której doświadczyłam - doświadczyliśmy.... zbiera się skrapla w centrum czakramu serca. Poczułam bardzo wyraźnie, nawet fizycznie, na sercu jakby kropelkę cudownego nektaru - kropli błogości ... Gdy się na niej skupiłam, zaczęła wypływać tam, gdzie chciałam... Teraz, kiedy juz wiem, że wszystko jest możliwe, to mnie to nie dziwi, ale to niesamowite:))To już nawet nie orgazm z miłości, to coś więcej:)... To jakby fizyczny a zarazem boski jej przejaw... Rysuję i słucham muzyki z ceremonii... po dłuższym czasie... Ostatni ogarnia mnie mocno ayahuascowy stan jak jestem w lesie..(i nie tylko wczoraj czułam to w domu) ... wszystko jest mocno kolorowe (ayahuaskowo kolorowe... ) intensywne dzwięki.. ptaków ...słysze świerszcze, pszczoły i żaby w przestrzeni... choć nie kumkaja "realnie" ... Wszystko tętni życiem jak na Ayi...i jestem w tym jakby w bezruchu i błogości choć wszystko żyje!!! Coś mi się mocno przypomina... magiczny i kolorowy świat, i czuje wtedy specyficzną kolorową ekstazę... PIOTR (absolwent politologii) Przyznaję, że na początku nie było łatwo... Po prostu bałem się ujrzeć siebie jako jakąś złą osobę. Myśli te okazały się całkowicie bezpodstawne i gdy dzięki staraniom Aldony udało mi się wreszcie otworzyć, poczułem, że dosłownie "odlatuję".Jakaś siła wysysała mnie z ciała gdzieś wysoko w górę jak odkurzacz. Czułem że lecę bardzo szybko. Widziałem masę drobnych białych punkcików, które się przede mną rozmazywały. W pewnym momencie nie wiedziałem już, czy mam otwarte- czy zamknięte oczy, po prostu widziałem "sobą całym", całą swoją świadomością. Po chwili doznałem uczucia, którego słowa nie są w stanie chyba opisać... Była to wszechogarniająca miłość, tak potężna, że do dzisiaj nie mogę się po tym przeżyciu otrząsnąć :) Oczywiście każdy ma swoje wyobrażenie na temat miłości, ja też je miałem i wydawało mi się, że ją odczuwam, ale dopiero wtedy wszystko zrozumiałem. Czułem ją każdą częścią mojego ciała, każdą komórką. Uświadomiłem sobie jak bardzo jestem kochany i jak bardzo potrafię kochać, jeśli tylko tego chcę. Było to najwspanialsze doświadczenie w moim życiu. Najcudowniejsze chwile, które zostaną już ze mną na zawsze. Na przemian płakałem i śmiałem się ze szczęścia, jakie na mnie spłynęło. Czułem, jak energia wychodzi z całego mojego ciała i wznosi się do góry, każdy dotyk innej osoby dawał cudowne wrażenie ciepła i przepływu energii. Czułem jakbym pierwszy raz tak "prawdziwie" oddychał, słyszałem szum krwi w żyłach, każdy najdrobniejszy ruch mięśni w ciele dawał mi wręcz ekstatyczne odczucie. Teraz wiem, co to znaczy dosłownie "czuć się jak nowo narodzony". Po jakimś czasie zyskałem możliwość spojrzenia na siebie z boku. Widziałem swoje życie, komplikacje jakie sam sobie stwarzam i negatywne sytuacje, które sam powoduję.Zobaczyłem, że rzeczy, które często bierzemy na poważnie, naprawdę wcale takie nie są i nie powinniśmy się nimi przejmować. Zrozumiałem, że wszyscy i wszystko jest ze sobą połączone, jesteśmy jedną świadomością. Odczułem niezwykłą więź ze światem roślin i zwierząt. Otrzymałem to, czego w głębi siebie najbardziej potrzebowałem - zapewnienie o tym, że nie jestem i nigdy nie będę sam, że mam pracować miłością, a wszystko będzie dobrze. Pojawiły się też wizje - widziałem z kosmosu Ziemię, jak piękny błękitny klejnot zawieszony w przestrzeni, byłem też przez chwilę w jakiejś starożytnej krainie z piramidami, która wydała mi się bardzo harmonijna i wspaniała... ------ Minął już niemal miesiąc, a moje wspomnienia z ceremonii są nadal bardzo żywe. Nie ma chyba dnia, w którym nie wspominałbym tych magicznych chwil. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że wiele rzeczy zmieniło się we mnie już na stałe. Są to zmiany jak najbardziej pozytywne i zgodne z moim wnętrzem... Inaczej postrzegam świat i ludzi. Zniknął strach, który często pojawiał się we mnie bez powodu... WIEM, że wszystko ma swój cel i jest lekcją, z której wszyscy czerpiemy korzyści. Nie ma już we mnie miejsca na negatywne myśli, z odwagą i optymizmem patrzę w przyszłość, a co najważniejsze wiem już, że kocham i jestem kochany. Moja świadomość wciąż ewoluuje. Często myślę o sobie jako o dwóch osobach - tej przed - i po ceremonii. Teraz jestem bardziej pogodny, wrażliwszy i bardziej otwarty na innych. Jednocześnie wiem też, że czeka mnie wiele pracy nad sobą na ścieżce rozwoju duchowego. Rozpocząłem właśnie praktykę medytacji, uczę się autohipnozy, ćwiczę wizualizację, codziennie jestem wdzięczny za to, co mam i staram się nie ulegać złym emocjom. Podsumowując...jestem szczęśliwym człowiekiem:) Nauka Ayahuaski jest uniwersalna. Aya daje to, czego najbardziej potrzebujesz oraz o wiele więcej. To po prostu trzeba przeżyć, bo żadna relacja nie jest w stanie tego oddać. GÓRAL (nauczyciel) Obejrzałem ten filmik i muszę przyznać że po pierwszej dawce ayi miałem bardzo podobne doświadczenie... Zaczęło się to chyba pojawieniem się abstrakcyjnych, pięknych kolorów i kształtów. Było to dla mnie tak niezwykłe, że zastanawiałem się czy ja to widzę, czy też sobie to wyobrażam. To było jednak wspaniałe. Bardzo szybko pojawiła się wizja węży, słychać było szum ich zbliżania się, posuwały się wokół mnie, coraz bliżej i bliżej. Czułem tylko ciekawość. W pewnym momencie, z prawej strony, lekko z tyłu, wyłoniła się głowa węża z białymi oczami, łagodna, ciekawska. Rozejrzała się, popatrzyła na mnie i z powrotem zanurzyła się w gąszczu szumnie posuwających się węży. Po chwili wyłoniła się druga głowa, podobnie wyglądająca. Także popatrzyła na mnie i dała nura jak poprzednia. W końcu wyłoniły się 2 węże, od strony moich nóg i posuwały się w ich kierunku. Ja się tylko przyglądałem, czując spokój. Węże zaczęły wnikać w moje ciało, począwszy od nóg, przez tułów do głowy, powoli. Wchodziły w moje ciało ruchem oplatającym. Czułem jak moje ciało drętwieje i czułem także uścisk w miarę, jak węże posuwały się w kierunku głowy. Kiedy już przeszły przez moje ciało, zobaczyłem nad głową i wokół siebie świetliste, kolorowe sklepienie na wzór pięknej komnaty. Kształt tych świateł i ich barwy były niezwykle piękne i zmieniały się co chwilę, w miarę jak zmieniała się muzyka. Dźwięk przepięknej muzyki był niezwykle czysty i sprawiał rozkosz. Czułem się jakbym był na weselu i to na swoim weselu. Miałem wrażenie jakby na zewnątrz odbywała się uczta, a ja leżałem w komnacie weselnej, w której mnie do tej uczty przygotowywano. Co jakiś czas czułem obecność jakby drużby - ludzi, którzy mnie przygotowywali do wesela, do zaręczyn. Cały czas czułem się rozkosznie. Czasami z góry świetlistej komnaty wyłaniał się ognisty pomarańczowy język światła, który łączył się z moim trzecim okiem. Całej sesji towarzyszyły silne, fizyczne, niezwykłe doznania w ciele, drętwienie, uścisk, wiercenie pod żuchwą, szczęką, w podniebieniu. Wrażenia w drugim dniu były kontynuacją pierwszego. Dominującym uczuciem była rozkosz. Trzy miesiące później - drugie spotkanie. Stopniowo pojawiły się wizje, bardziej subtelne niż za pierwszym razem. Tym razem doświadczałem rożne rodzaje miłości, w zależności od tego, jaką miałem wizję. Czułem jej delikatność, czułość, potęgę, moc, pokorę, siłę, wszystkie te rodzaje odczuwałem osobno i w różnych konfiguracjach. Wszystkie te rodzaje miłości miały inną barwę. Trochę mnie zaskoczyło, kiedy pojawiła się barwa szara, a nawet czarna, kiedy też zrobiło mi się smutniej. Jednak wszystko to była miłość. Poczułem ogromną wdzięczność w sercu i z duszy dziękowałem. Dziękowałem, a doznanie miłości wciąż trwało. Czułem się zaspokojony. Kolejna dawka no i proszę, jakież zaskoczenie! Do tej pory wszystkie wizje były piękne, kolorowe. A teraz... Od samego początku barwy jakie widziałem, kształty i formy były w przeważającej mierze szare, czarne, mdłe, obrzydliwe i tak przez całą sesję. Przyglądałem się temu, czułem ból w okolicach nerek i lewej części tułowia pod żebrami. A chociaż wizje były nieprzyjemne i chociaż czułem ten ból, to jednak czułem w ciele także pewną przyjemność i w jakiś sposób czułem się coraz lepiej. Owocem tych sesji jest uczucie wewnętrznej ciszy. Czuję, że wreszcie w moim ciele wytwarza się jakaś dawka hormonu szczęścia, bo każdego dnia ta wewnętrzna cisza sprawia pewnego rodzaju błogość, i szczęśliwość, i niezwykłość. Dominującym uczuciem jest jednak cisza, niezwykła cisza, dziwna i przyjemna. (...) Stała się dla mnie zjawiskiem wewnętrznym, czuję ją stale bez względu na to, czy jest ona na zewnątrz czy nie. W tej ciszy odgłosy natury brzmią piękniej, a odgłosy otoczenia nie są drażniące, nie dokucza mi hałas. Dodatkowym skutkiem jest naturalna skłonność do samoobserwacji: swojego ciała, swoich uczuć - bez oceniania ich. Moja świadomość jest inna, pogłębiona - inaczej odbieram rzeczywistość, inaczej jestem odbierany przez otoczenie i panuję nad tym. KAROLINA (aktorka) ...zasiadam przy stole zastawionym miłością, naiwnie nieświadoma tego, co tak naprawdę wokół się wydarza. Z odwagą głuptaska przechylam pierwszy kieliszek wywaru. Kładę się i czekam... Moje ciało zaczyna poruszać się w niesymetrycznym rytmie bolącego brzucha, w rytmie przeszkadzających mdłości. Zaczynam się pocić i ogólnie czuję się bardzo źle, nieswojo, nieprzyjemnie. Oczy chcą płakać, niewiele już słyszę z muzyki... Pojawia się przy mnie Jarek z Aldoną; on jest strażnikiem, ona żywą miłością, współpracują. Aldonka przytula mnie od strony pleców i kładzie dłoń na moim splocie słonecznym. Mimo ogromnego dyskomfortu i męczarni czuję od niej od ogromną falę miłości, jedną po drugiej. Przepływają przeze mnie fale ciepła i wibracji, wspaniałe. Wiem, że całe dobro jest za moimi plecami. Widzę światło, które próbuje się przedrzeć zza kotary moich lęków, słyszę duszki natury, które zaglądają do mnie przez ramię - dobre i cudowne, pełne światła i barw. Jest tam ciepło i dobro. Widzę małe roślinki wokół, rosną, kwitną, i te małe istoty, takie leśne elfy, one czekają... są tak blisko, tuż za moimi plecami... Ja jednak nie umiem im się poddać, nawet te fale w pewnym momencie mi przeszkadzają, choć wiem, że potrzebuję ich ponad wszystko. Jest mi skrajnie niewygodnie z samą sobą, choć nie jestem już dziś pewna, czy aby z samą sobą czy z czymś, co zadomowiło się we mnie bez pytania i za darmo (pasożyt paskudny, jeden z drugim). Po dłuższej chwili fale miłości wniosły iskierkę spokoju i już mogę dać ciepłu wejść we mnie...; Ciało zaczęło się rozluźniać, znów byłam w stanie nim poruszyć tak, jak tego chcę. Ręce powędrowały na boki i leżałam w totalnym otwarciu, na plecach, z rozłożonymi rękami.Otwarte oczy widziały tylko powłoczkę świata zewnętrznego, bo zaczęłam widzieć oczami duszy - bez analiz i męki. Sala ceremonialna nabrała blasku i światła, stała się jakby pełna ognia, który nas wszystkich ogrzewa. Zorientowałam się, jak głęboko mogę oddychać nosem! (Zwykle alergia nie pozwala mi oddychać...). Zatem oddycham! Mocno, szczęśliwie, wypuszczam stare powietrze ustami, wraz z nim to, co mi się nie podoba. Czuję się coraz lepiej, czuję, że żyję, że jest tak, jak zawsze miało być. Przypomniały mi się wszystkie postacie (rzeczywiste oraz fikcje twórczości literackiej i filmowej), z którymi chciałam się identyfikować, którym zazdrościłam, które były moim alter-ego, które za coś podziwiałam. Za ich odwagę, za ich stabilność, za ich blask i za wiele innych aspektów, które - jak zrozumiałam - sprowadzały się do jednego. Te kobiety miały Moc! Miały moc wewnętrzną, kosmiczną, umiały dokładnie wykorzystać to, kim są i wiedziały, że tylko ich niezależna miłość do samych siebie sprawia, że osiągają, co zechcą. Nagle poczułam, że ja też to mam! Dokładnie to, za czym rozpaczliwie gonię w zewnętrznym świecie. Już nie muszę, mam już wszystko! (..) Czuję się jak po najwspanialszym zbliżeniu seksualnym z najlepszym partnerem, ten nieuchwytny moment błogości i jedności, z tą cudowną różnicą, że jestem sama i sama mogę się tak czuć, bo mam tę błogość i siłę zarazem w sobie...; Rozkoszuję się tym, niezdolna się poruszyć i wytrącić z błogostanu. Podchodzi do mnie dobra wróżka (w ciele Aldonki, zresztą one są jednością), uśmiecha się do mnie i cieszy ze mną, że mi się udało TO poczuć. Siada za moją głową, dotyka mojej twarzy. Jej dotyk jest jak muśnięcie najdelikatniejszej we wszechświecie materii, nie można dotykać jeszcze delikatniej, radość w moim sercu wypełniała każdy zakamarek duszy. Wróżka pozostawiła na mych skroniach i trzecim oku po kropli pachnącego olejku, który doskonale ukoił moje zmysły. Muzyka zgasła.... Z trudem się podniosłam, ale z ochotą przechyliłam kolejne dwie porcyjki. Paskudztwo pierwsza klasa! Czuję się senna, zmęczona ..., idzie kolejna fala i już wykręca mi ciało, ja znów w pozycji embrionalno nabrzusznej, telepie mną, niedobrze mi, źle mi, bardzo źle, nie wiem, co się dzieje, przygniotło mnie do ziemi. Zaczynam wydawać dźwięki i odgłosy bardzo dziwne: wyję, wyję na różne sposoby, wołam pomocy! Wchłonął mnie dziwny świat, w którym bardzo nie chcę być, a czuję, że nawet przypomnienie sobie stanu błogości sprzed godziny nie daje rezultatu. Nie działa, samo się dzieje! Najbardziej miota moim ciałem. Wykręcam się, moje kończyny zachowują się tak, jak na filmowych egzorcyzmach...; Istotnie czułam, jak ofiara opętania. Nie było MNIE, moje wewnętrzne ja było tarmoszone za mordę w każdym z możliwych kierunków, było upokarzane i zdeptane, ja się nie liczyłam. Ogarnął mnie smutek, żal i rozpacz nad sobą samą. Płakałam i na powrót mną targało. Jarek z grzechotką przyszedł mi na ratunek. Dobry w całej swojej istocie, ciepły, współczujący...; Moje malutkie i uciemiężone "ja" bardzo się ucieszyło, gdy on się pojawił. Ułożył się przy mnie, złapałam jego dłoń i ściskałam mocno, jako jedyne dobro, którego mogłam się chwycić. Było bezpieczniej. Wiedziałam, że póki on jest przy mnie, to jest szansa, że to w końcu minie. Po upływie koszmarnie długiego czasu wciąż wydawałam z siebie dziwne i przerażające dźwięki, miotało moim ciałem, czułam męki i mdłości, niemoc...; Jarek głaskał mnie po głowie. Matka Natura łaskawie podarowywała dłuższe przerwy w zapętlonym kole cierpienia, wtedy patrzyłam Jarkowi w oczy. On doskonale wiedział, czym to jest, kiedy odejdzie i dlaczego się dzieje. Patrząc mu w oczy też zaczynałam rozumieć, że musze to przeżyć, po prostu muszę. W pewnej chwili czułam jak Matka Natura Ayahuasca patrzy przez moje oczy i uśmiecha się do Jarka przez moje usta, jej uśmiech był szyderczy i surowy, jakby mu mówiła: wciąż jej mało, co? Nadal nie rozumie. Jeszcze raz. - I wyszła ze mnie fundując mi kolejne zatoczenie koła mojego koszmaru. Wszystkiemu towarzyszyła muzyka. Z jej przewodnictwem zrozumiałam kilka kwestii na temat swojego życia i relacji z różnymi ludźmi. Konkretne dźwięki czy instrumenty reprezentowały poszczególne osoby, one tam były, choć nie chciałam, by akurat były świadkami mojego upadku. Zrozumiałam że mrok, przez który przeszłam, jest we mnie i jeśli nie będę uważna i nie wyselekcjonuje relacji i sytuacji życiowych, w które się pakuję, to zawsze będę na głodzie miłości i szczęścia, których nigdy nie znajdę na zewnątrz. Siła mroku jest ogromna. Mam w sobie zarówno mrok jak i światło - tworzą całość, idealnie ze sobą sklejone. Teraz będę wybierać świadomie i uczyć się korzystać z obu, ale tym razem nie pozwolę rozhulać się koszmarom samopas po mojej pięknej duszy. Choć ta, starym nawykiem traktuje ciemną stronę Wenus jak narkotyk, coś ją tam ciągnie. Poznałam ją już w duszy i w ciele, poznałam w życiu.. tak, jak poznałam lustra, którymi byli ludzie mojego mroku. Czas na Światło, czas na Miłość! Choć dopiero raczkuję, to świat zewnętrzny (popularnie zwany rzeczywistością) już zaczyna formować się według mojej woli. Ukaże mi swoje piękno i wskaże ludzi pełnych światła i wewnętrznej, bezwarunkowej Miłości. Na drugi dzień czułam się jak na największym życiowym kacu. Przewalcowana, przemielona przez maszynkę, pobita, wypluta i pozostawiona na pastwę rekonwalescencji. Wypiłam napój, obrzydlistwo jedno, fe... Szybko też poczułam nadchodzące mdłości i dyskomfort cienia z dnia poprzedniego. Jarek jak dobry tata wywlókł moje pokurczone ciało do toalety, gdzie czarodziejskim sposobem spowodował we mnie falę okrutnych torsji, a po totalnym wyczerpaniu zaprowadził mnie spowrotem i kazał ułożyć się w embrionie. Było mi wszystko jedno! Zapadłam się w ciepełko miekkiej materii i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w muzykę oraz bicie mojego serca. Czułam się jak w łonie matki. Taki maluch, co się jeszcze nic o świecie nie dowiedział. Zrozumiałam, że w trakcie męczarni umarłam, teraz czekam na narodziny. Po chwili zdawało mi się, że właściwie, to już jestem bardzo maleńkim noworodkiem, sklejone oczka otwierają się i widzę kawałek wielkiego świata wokół. Jeszcze mi się nie podobał. Nadal rozkoszowałam się ciepełkiem i odpoczynkiem po strasznym wysiłku. Z każdym kolejnym ziewnięciem moja bobasowatość rosła i zaczęłam zmieniać pozycje na wygodniejsze, zmieniłam nawet bok i widziałam swoich towarzyszy. Nagle Ona mnie zauważyła, Matka Natura, Ayahuasca, Aldona (one są jednym podczas ceremonii), patrzy i podchodzi do mnie. Ułożyła się twarzą w twarz do mnie, obdarowała mnie swym cudownym uśmiechem, delikatnie ucałowała mój palec i zaczęła szeptać: ...Będziesz wielką gwiazdą, jeśli tylko pozwolisz sobie nią być, gdy pozwolisz tej gwieździe błyszczeć z głębi twojego serca. Gwiazda błyszczy własną mocą. Nie potrzebuje pogubionych mężczyzn. Oni tylko przychodzą się ogrzać. Bo tylko kobiety mają to ciepło. A Ty łaskawie pozwolisz im się ogrzać i zrobić dla siebie wszystko, albo nie. Będą przychodzić po niebo, jakie stwarzasz wszędzie tam, gdzie się pojawisz, a oni zrobią wszystko, by być przy tobie. Możesz im łaskawie dać bezwarunkową miłość, taką, którą sama stwarzasz i nie jest ci nic z zewnątrz potrzebne. Dajesz z radością, bo w tobie jest moc. Pozwól Matce Naturze przeprowadzić się przez wszystkie aspekty miłości. Zostawiam cię z nią. Kocham cię bardzo. Mogłam odpowiedzieć jedynie łzami wzruszenia i uśmiechem wdzięczności. Moje serce otworzyło się! Moje ciało znów przybrało pozycję otwarcia, na plecach, rączki na bok, otwarte dłonie w geście dawania. Z pomocą muzyki, jaka mnie dochodziła, przeniosłam się do wielu światów po kolei, przeżyłam miłość i swoją odwieczną wewnętrzną moc. Byłam księżniczką pośród elfów, żyjących na magicznych prawach Matki Natury (takie Rivendell z Władcy Pierścieni). Byłam wśród ludów pradawnych w lasach, kiedy to natura i jej bogactwo były mi dobrze znane. Byłam hinduską księżniczką, byłam kobietą pełną mocy, taką, którą zawsze chciałam być! Przepiękne stany duchowe; moja dusza była ukołysana pieśnią miłości. - Nie można wyrazić tego słowami... Znów pojawił się Jaruś! Podszedł i przysiadł przy mnie. Położył mi rękę na klatce piersiowej i dał mi nieograniczone strumienie ciepła i miłości. Było cudownie! Rosłam w siłę, przepełniało mnie czyste dobro i radość, uśmiech na twarzy wyciskał się automatycznie, łzy wzruszenia leciały samoistnie, a ja dryfowałam po światach pełnych spokoju, harmonii, ciepła, miłości, nieskończonego piękna wśród wyższych bytów, które subtelnie manifestowały swoje energie. Widziałam moich duchowych rodziców. Naszym domem był indyjski pałac, droga, taras do jego wnętrz prowadził po białych, marmurowych chodnikach, pomiędzy nimi woda/fosa, na wodzie rosły lotosy. Na tarasie bawiłam się z Matką Naturą (jednocześnie z moją matką), widziałam ją przez cały okres swojego dorastania w blasku jej miłości. Była zwiewna, piękna, miała cudnie mieniącą się indyjską szatę w kolorach pomarańczy, z orientalnymi wzorami. Wzory były wszędzie wokół podczas trwania całej wizji piękna. Tańczyła ze mną, podziwiałam ją, naśladowałam, a ona uczyła mnie, jak pielęgnować wewnętrzną moc i jak emanować dobrem i miłością, bo tylko wtedy inni będą wspierać mnie na mojej drodze. Małe elfy i duszki przyrody były na moje zawołanie, bawiły się ze mną i opiekowały się mną, dostawały ode mnie miłość i wdzięczność - totalna harmonia. Biegnę w kierunku ojca, który jest pięknym, ogromnym, białym lwem. Jego grzywa promienieje światłem, skrzy się jak diamenty. Wtulam się w nią, jest ciepło, miękko, bezpiecznie i radośnie. On też gwarantuje mi swoją opiekę podczas okresu mojego dorastania. Uczy mnie, bym była gotowa radzić sobie sama. Abym była spełniona i szczęśliwa sama ze sobą. Abym była pełna mocy, dzięki której spełnię każde swoje pragnienie i tam, gdzie się pojawię, sprowadzę niebo na ziemię. Rozumiem to, co mi dają. Kocham ich ponad wszystko, jestem im wdzięczna. Jarek wziął w pewnym momencie misę tybetańską i postawiwszy ją na mojej przeponie grał na niej, wpuszczając we mnie doskonale harmonizująca energię, fale absolutu przechodziły przez całe moje ciało, łzy radości same spływały symetrycznie z kącików oczu, po policzkach i figlarnie wpadały do muszli uszu. Zaczęłam fizycznie bawić się miłością, którą tworzyłam w głębi serca. Ona wypływała z mojego wnętrza, a ja lepiłam w rękach różne jej kształty i wysyłałam w przestrzeń, pomagałam jej rozpłynąć się w przestrzeni dmuchając w nią strumieniem powietrza. Mój ruch był płynny i spokojny, dobry, doskonały. Moje serce było (jest!!) diamentową gwiazdą, lekko mieniącą się kolorem wrzosowym. Jest to symetryczna kombinacja diamentowych elementów tworząca dużą całość, przypomina jednocześnie serce i gwiazdę w jednym. Lśni jasnym światłem. Im więcej wysłałam miłości, tym więcej jej powstawało w moim sercu, fizycznie nawet czułam jak to się wydarza. Pojawili się po kolei wszyscy mężczyźni mojego życia, z którymi byłam związana, których pokochałam, którzy nigdy nie pokochali mnie. Uśmiechałam się do nich. Każdy po kolei mógł pojawić się i odebrać tyle miłości, ile mu było potrzeba, tyle, ile jego serce potrzebowało do ukojenia. Cieszyli się jak dzieci. Dałam im wszystko, wysłałam z radością oceany miłości. (Do kilku wysyłam wciąż, wiem, ze nadal jej potrzebują i wiem, że to mój karmiczny dług wobec nich. Niech mają i niech biorą z nawiązką, mnie już nie braknie!). Wysłałam też mojej rodzinie, mamie, braciom, Aldonce, Jarkowi, moim duchowym opiekunom.... Czułam się doskonale. Potem Jaruś wziął dzwonki zamiast misy i zagrał nimi nad moją głową i nad stopami. To były kolejne fale radości, które przeze mnie przeszły, we mnie weszły. Wiele się wtedy działo, lecz nie było w tym chaosu, nie było niepokoju, wszystko miało swój łagodny rytm i bogactwo. .... chciałam by stan doskonały trwał zawsze i wszędzie i nigdy się nie skończył..... Nagle Jarek zza pleców mówi do mnie: Daj rękę. Cała grupa trzymała się za ręce liniowo. Poczułam jak strumień miłości w postaci pioruna przechodzi przez nasze połączenie dłoni, połączenie dusz, serc, byliśmy naprawdę RAZEM. PEŁNI MIŁOŚCi, STANOWILIŚMY JEDNOŚĆ. Już wszyscy zrozumieliśmy, że MIŁOŚĆ JEST KLUCZEM! Zawsze chciałam doświadczyć magii i przenieść się w doskonały świat, czysty i pełen harmonii. Tak się czuję na wspomnienie całego pobytu w domu pełnym MIŁOŚCi, u moich najwspanialszych szamanów Aldony i Jarka. Dziękuję z wszystko. Kocham Was! MACIEK (przyszły aktor) Na Ayahuascę przyjechałem z moją matką (mam 21 lat). Czuła potrzebę wzięcia w tym udziału, a ja z ochotą się przyłączyłem. Jechałem po nowe doświadczenie i z nadzieją, że może to coś zmienić w moim życiu, które i tak w sumie było całkiem udane. Nie miałem wielu problemów, no, może oprócz tego, że nigdy jeszcze nie miałem dziewczyny. Tak czy inaczej, byłem usatysfakcjonowany swoim dotychczasowym życiem. Do czasu... Pierwszym piciem byłem zawiedziony. Przeleżałem 3 godziny, posłuchałem ładnej muzyki i tyle. Drugie picie było podobne. Co prawda pojawiały się jakieś wizje, obrazki, które zainspirowały mnie do namalowania ich (lubię rysować, malować...), ale czułem, że to nadal nie jest to... Jazda zaczęła się po trzecim piciu. Drugiego dnia przed ceremonią wyciągnąłem kartę tarota, która kazała mi odkryć swoją kobiecą naturę. Położyłem się na swoim miejscu... i zaczęło się! Zacząłem wyprawiać jakieś dziwaczne wygibasy, przy czym czułem się niesamowicie subtelnie, zmysłowo i lekko. Po jakimś czasie do wygibasów doszło nowe zachowanie. Wyciągnąłem rękę do góry, czułem jak wszystkie mięśnie się w niej napinają i mając zamknięte oczy zobaczyłem, jak niebieski strumień energii wpływa przez moją dłoń do... ciała? Nie, nie do ciała. Po prostu do mnie. Po tym przepływie rozluźniłem się i zacząłem wić się dalej. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie z różnymi kolorami energii. Potem wszyscy usiedliśmy razem i trzymaliśmy się za ręce. Kiedy złapałem kolegę obok mnie, poczułem od niego nieprawdopodobną siłę. Jeszcze nigdy nie trzymała mnie tak silna osoba. Czułem się spokojnie i bezpiecznie. Czułem Miłość, krążącą wokół nas i w nas. Czwarte picie było najbardziej niesamowitym doświadczeniem w moim życiu!Powtórzyła się akcja ze ściąganiem energii, tylko tym razem bez wygibasów i nie ściągałem jednego koloru, tylko całą tęczę barw! Czułem się naładowany po brzegi tą energią. Potem było jeszcze lepiej. Wyciągnąłem obie ręce ku górze, rozłożyłem je szeroko i przyjąłem tak ogromny ładunek tego tęczowego światła, że zacząłem śmiać się na głos. - Bywa tak, że śmieję się, aż nie mam już czym oddychać i do tej pory zdawało mi się, że to jest najintensywniejszy śmiech, jaki może mnie ogarnąć. - Śmiech po przyjęciu energii nie zatykał mi oddechu, był donośny, pełny i czułem jego moc. Potem schowałem się pod koc i chyba wtedy doświadczyłem całkowitego podłączenia do Źródła. Czułem się dosłownie Bogiem! Chciałem zniszczyć ten świat i wybudować w jego miejscu nowy. Czułem, że naprawdę mogę to zrobić! Towarzyszyła temu radość, jakiej jeszcze w życiu nie doświadczyłem. Potem dotarło do mnie, że nie chodzi o zmienianie całego świata, a tylko swojego. Wszystko stało się dla mnie proste. Zniknęły moje lęki, ogarnął mnie spokój i poczułem, że nie jestem ZADOWOLONY, tylko SZCZĘŚLIWY, a to wielka różnica! Na wstępie powiedziałem, że moje życie wydawało mi się dobre. Było dobre. Teraz jest WSPANIAŁE! Czuję wewnętrzną siłę, Miłość... Zmienił się nawet sposób, w jaki głaszczę kota - kiedyś robiłem to dla siebie, bo kot jest puszysty i przyjemny w dotyku. Teraz czuję przepływ Miłości, pewność siebie. Ufam Życiu, że mnie nie skrzywdzi, a będzie tylko pouczać. Dziękuję Bogu, Ayi, Aldonie, Jarkowi i wszystkim współuczestnikom ceremonii, że mogłem przeżyć tak niesamowite i odmieniające chwile . P.S. Jutro idę spotkać się z dziewczyną, która bardzo mi się podoba. I nie czuję żadnego strachu ani blokad. Będzie pięknie! MARTA (konsultantka feng-shui) PIERWSZY DZIEŃ - UMIERANIE Po wypiciu swojej porcji zamknęłam oczy i czekałam na wizje. Nie bałam się, byłam tylko przejęta, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Po kilkunastu minutach odczułam lekkie mdłości, pojawiły się różne myśli, osoby, obrazy. Widziałam pode mną ciągnące się w nieskończoność, skomplikowane konstrukcje z czarnego metalu. W pewnej chwili wszystko wypełniło się plamkami w odcieniach turkusu, zieleni, granatu i błękitu. Plamki pulsowały, delikatnie falowały, a pośród nich uformował się pysk smoka bądź wielkiego ptaka, którego dosiadłam. Zaczął on poruszać się bardzo delikatnie, i unosząc mnie falował niczym wąż. Wolno płynął przez przestrzeń, a plamki zmieniły się w ławice maleńkich rybek. Nagle wszystko znikło, a ja poczułam się bardzo źle. W jednej chwili spadłam z ogromnej wysokości w dół, wciągnięta w bezdenną pustkę. W ogromnym tempie, jakby ktoś zrzucił mnie ze skały. Nie było już odwrotu. (...) Zaczął się koszmar! Czułam się źle - fizycznie i psychicznie. Bałam się zamknąć oczy, bałam się że umrę. Jednocześnie zanurzyłam się w swoich panicznych myślach. Czułam, że nie kocham życia, ale że nie chcę też niczego zmieniać w taki właśnie sposób. Pilnowałam się, aby nie zamknąć oczu i nie "odlecieć". Czułam tylko strach, bezsilność i poczucie winy. Chciało mi sie płakać. Chciałam wrócić do domu! Wiedziałam, że musze wiele zmienić w swoim postępowaniu, czułam się winna. Nie potrafiłam wymiotować i byłam wdzięczna psu, który właśnie przyszedł i przylgnął blisko mnie. Poczułam, jak wszystko to zabiera ode mnie, że uwalnia mnie od strachu. Trwałam w ogromnym bólu i wyczekiwałam jego końca. Nie chciałam brać udziału w drugim piciu. Wtedy Aldona wyszeptała, że jestem na wpół martwa i przekonała mnie, że jeśli się poddam do końca, Ayahuaska będzie dla mnie o wiele łaskawsza. NARODZINY - W następnej sesji znów widziałam rożne konstrukcje z czarnego metalu, ostro zakończone groty, wystrzelone w moim kierunku. (...) Nagle wszystko pociemniało i czułam, że zaczyna się dziać coś ważnego, że jakaś siła pcha mnie ku górze. W bardzo powolnym tempie przesuwałam się ku czemuś nade mną, ku jakiejś nowej przestrzeni. Otaczały mnie ogromne insekty, zwrócone do mnie wnętrzem swoich odwłoków, zatopione w czerwonej pulsującej tkance. Poruszały się i pulsowały, zacieśniając przestrzeń. Była to długa i mozolna podróż. Nie bałam się, ale przepełniały mnie sprzeczne uczucia. Widziałam nad sobą światło. Powoli dochodziły do mnie głosy i myśli moich przyjaciół z grupy, że jeszcze tylko "trochę" i będzie po wszystkim, że oni są tam/tu po to, by mi pomóc. Byłam wewnętrznie rozdarta, z jednej strony chciałam się "przebić", z drugiej obawiałam się tego, co mnie spotka po "tamtej" stronie. W toalecie "ujrzałam", jak wyrzucam z siebie pająki, karalucha i kilka innych insektów. Poczułam ulgę. Wróciłam na miejsce, położyłam się i zamknęłam oczy. Wciąż się przesuwałam. W końcu jednak podjęłam decyzję : "dobrze.. ok..spróbuję.." i spojrzałam w górę, by zobaczyć światło. Było nad moją głową, jasne, mgliste, dobre, jaśniało pośrodku jakby ogromnej kopuły, ogromnego przestrzennego sklepienia. Czułam jak wychodzę powoli z tunelu, jak zostawiam insekty i powoli unoszę się do tego światła, jak w nie wchodzę, a ono przesuwa się po mojej twarzy i wciąż idę w górę. Wzniosłam się do niego i w tym samym momencie przepełniła mnie ogromna radość. Otworzyłam oczy i WIEDZIAŁAM, że właśnie oto narodziłam się na nowo! Zbliżyłyśmy się z Aldoną do siebie w ogromnej radości. Chciałam dać jej odczuć, jak bardzo ją kocham. Tuląc się do niej szeptałam, że narodziłam się na nowo, że dziękuję wszystkim, że mi pomogli. Cieszyłam się jak małe dziecko, chciało mi się śpiewać i tańczyć. Miałam wrażenie, że wszyscy się budzą, podchodzą do nas uśmiechnięci, radośni. Usłyszałam że "narodziła się księżniczka".Czułam do Aldony i Jarka wdzięczność i miłość, jaką dziecko odczuwa do rodziców. Stali się moimi duchowymi rodzicami. Przepełniało mnie ogromne poczucie szczęścia, bezpieczeństwa i niesamowita radość. Czułam się pełna wigoru, wciąż się śmiałam do siebie. Szczebiotałam jak ptaszek, nie do końca zdając sobie sprawę, że nie są to tylko moje myśli ale też słowa wypowiadane na głos. Poprosiłam Aldonę, aby brała ode mnie energię regeneracji i odnowy, aby pozwoliła sobie być obdarowywaną. Czułam, jak wraca do sił. Chciałam żeby była silna, aby dawać życie innym nowym, pięknym, duchowym dzieciom. Bardzo jej dziękowałam. Przepełniała mnie euforia i światło życia. Aldona! Byłaś dla mnie symbolem Matki Natury, Gai. Byłaś tą, która wydaje na świat Nowe Dzieci, a ja byłam Miłością która Cię wypełniała, uzdrawiała, regenerowała, odmładzała, przywracała siły i moc. Przekazywałam Ci tę Miłość w każdym wydechu i dotyku i ona nas wypełniała. Matka Natura i Miłość to jedno. (Trudno to opisać słowami) Miłość płynęła przez czubki moich palców, przez oczy i usta. Z każdym wydechem wdmuchiwałam Ci tę energię, a ona płynęła przez Ciebie jak różowo biały potok rozświetlając i rozgrzewając Cię od środka. Energia ta koiła wszystkie komórki twojego ciała. Jakiś czas później widziałam siebie znajdującą się w Tobie i zarazem w centrum piramidy. Widziałam przepływający przeze mnie strumień różowej energii Miłości, widziałam piękne owalne lśniące kamienie różowego kwarcu w sercach wszystkich kobiet na świecie i to jak są one połączone tą Energią ze Źródła. Natomiast w sercach wszystkich mężczyzn pojawiły się diamenty najdoskonalszego szlifu i blasku. Kamienie tworzyły iskrzącą się siatkę. Granice naszych ciał rozmyły się. Był tylko cudowny przekaz Miłości.. Jarek! Odczuwanie Miłości umożliwiło mi przeżycie i doświadczenie miłości ojcowskiej. Wiele to dla mnie znaczy, ponieważ jako dziecko jej nie otrzymałam. To było głębokie, radosne i pełne zaufania uczucie. Jesteś jak Strażnik, silna energia ochronna. Nauczyłeś mnie też tego, że im mniej słów, tym więcej przekazu z serca. Wiem, że odpowiedzi przyjdą w snach. Jeszcze raz Ci dziękuję , Jarku. Zawsze wysyłam moc Miłości dla Ciebie a pąki lotosu pełne przekazu prosto w Twoje ręce. Będziesz wiedział co z nimi zrobić. :) W pewnym momencie miałam wizję, jak znajdujemy się z Waldkiem (moim mężem) w ciepłej przytulnej komnacie, wypełnionej delikatnym pomarańczowo białym blaskiem świec. On leżał w centrum, na podwyższeniu, owinięty lekko w biały materiał. Wyglądał jakby głęboko spał, dłonie miał skrzyżowane na piersi. Ale spał snem niezwykłym, jakby snem wiecznym. Pochylałam sie nad nim i obmywałam go wodą. Miałam za zadanie go oczyścić i czuwać nad nim. Woda była czymś świętym, pełnym znaczenia. Wykonywałam tę czynność z czułością, przepełniona Miłością i nadzieją że wkrótce zobaczę piękny, najdoskonalszy lśniący Diament. Miałam niezwykły kontakt telepatyczny z grupą; czułam myśli wszystkich i to, jak reagują na moje myśli. Powoli się wyciszałam i koncentrowałam. Czułam, jak przepełnia mnie energia Miłości i Światła, jak wpływa ona we mnie i zaczyna wypełniać całkowicie. Zostałam wewnętrznie poproszona, by podzielić się tą energią Miłości. Pozwoliłam by wypłynęła najpierw przez moje ręce. Dłonie zaczęły poruszać sie w symboliczny, starożytny sposób. Widziałam, jak energia miłości wypływa przez czubki moich palców i zostawia w przestrzeni harmonijne wzory ze światła w rytm radosnej muzyki. Rąk było cztery. Czułam się księżniczką, która odrodziła się w świętym domu, w szlachetnej rodzinie z Indii. Wszyscy stanowiliśmy rodzinę duchowych istot. Czułam ogromny strumień miłości, który przepływał stale przeze mnie, strumień energii miłości bezwarunkowej. Wiedziałam, że ta energia nie jest moja, że zostaję nią napełniona i że mam jej pozwolić płynąć dalej, do innych istot. Czułam jak jestem poproszona o główny przekaz - Przekaz Miłości. W tym cudownym momencie starałam się przekazać wszystkim to, że powinniśmy stworzyć krąg, ujmując się dłońmi, a krąg nie powinien być zamknięty lecz pozostać otwarty. Dwie osoby, które tworzyły to otwarcie, sprawiały, że Miłość płynęła na zewnątrz, dla innych, na cały świat. Gdy zostało to uczynione, mogłam skupić się na przepływie tej energii. Przekaz brzmiał: Wszystko jest Miłością, jest przez nią utrzymywane, tworzone i rozprzestrzeniane. Źródło tej miłości zawsze biło z serca Ziemi.W życiu codziennym powinniśmy cieszyć się, otaczać radością i śmiechem. W ten sposób rozluźniamy się, rozluźniają się nasze ciała i umysły. Wtedy doświadczamy Miłości. Dowiedziałam się, że Mantra Om Mani Peme Hung jest aspektem miłości uspokajającej, stabilizujacej i rozluźniającej wszystko. Rozluźnienie jest bardzo ważne, by otworzyć się na przepływ miłości. Mantra ta jest nieskończona i nikt nie powinien nawet starać się odnajdywać jej początków. Rozluźnienie pomaga oddechowi, który jest ożywczą energią wszystkiego, jest białym światłem. Czułam jak wdycham głęboko energię Wszechświata, zamieniam w sobie "szare na złote" i wydycham cudowną energię, którą mogą chłonąć inni. Mantra wypływała z moich ust wraz z wydechem do ust i trafiała do każdej istoty na ziemi. Dawałam miłość wszystkim. Widziałam swój czakram serca zupełnie otwarty. Widziałam, jak ważne jest życie, jakie jest cudowne i to że energia Miłości i Życia są nierozerwalnie złączone i przejawiają się w oczach. (...) Czułam, jak to jest naprawdę komuś wybaczyć - że siła wybaczenia jest silnie związana z miłością - są nierozłączne i w tym samym momencie wszystko się "uspokoiło" i złączyło z Miłością. Czułam, jak zmienia ona wszystko, jak uzdrawia. Wysyłałam ją do każdego - przez dotyk można przekazać ją każdemu! Moje dłonie były bardzo ciepłe. Energia wypływała przez dłonie i oddech. Stałam na kuli ziemskiej a strumień Miłości, który przepływał przeze mnie, otaczał światłem Ziemię, uzdrawiając ją i napełniając odnawiającą siłą. Widziałam, że przestrzeń jest bogactwem i każdy znajduje w niej coś dla siebie, czułam się tą przestrzenią. Brałam od ludzi wszystkie ich pragnienia, żale i słabości - przemieniałam je siłą miłości i oddawałam im prawdziwe skarby, całe bogactwo przestrzeni. Widziałam najskrytsze pragnienia i marzenia kobiet i mężczyzn, które sprowadzały się do poszukiwania źródła Miłości. Dawałam im, czego pragnęli, wlewałam im w serca Miłość. Widziałam, jak wszystko jest utrzymywane przez Miłość, jak wszystko jest energią i światłem. Widziałam, w jaki sposób energia przepływa, jak wszystko wydarza się na najwyższym poziomie i nieustannie wibruje. Zrozumiałam ze wszystko jest najpierw myślą, potem energią a na samym końcu się materializuje. Widziałam, że energia krąży, skupia się i przybiera ruch koła. Widziałam , że czas jest kołem. Rozumiałam w pełni znaczenie symbolu Yin i Yang. Rozumiałam też ruch ciała węża - świetlany wąż pokazywał mi dlaczego ludzie chorują. Cieszyłam się, że miłość może przepływać przeze mnie do innych. Widziałam jak jestem związana z piramidą Yantra. Stanowiłam jej środek, energię Miłości. Strumień Miłości był jej centrum. Potem nie musiałam już robić niczego. Cieszyłam sie każdą chwilą, a obserwowanie innych i utrzymywanie wszystkiego w miłości było prawdziwą rozkoszą. Tylko to było najważniejsze! ADRIAN (urodzony szaman) Było to kolejne już spotkanie. Dowiedziałem się, że "odrobiłem lekcje" z pierwszego razu całkiem dobrze i gdy wszedłem w ten stan głębiej, pokazała mi, że działa oczyszczająco. Aby tego nie stracić, każdego dnia powinienem zmieniać (tworzyć) siebie i otaczający mnie świat. Żeby świecił jasnym światłem miłości. W pewnej chwili poczułem, że przechodzę inicjację i staję sie wojownikiem światła. To było coś jak koronacja na rycerza, a gdy się dokonało, ogarnęła mnie wielka miłość. Leżałem koło Asi i cieszyłem się z tego, co przeżyłem. Aya pokazywała mi, że Asia jest moją niewiastą, która zawsze będzie na mnie czekać, gdy ja będę walczył o lepsze jutro. To było jak jedna z bajek o rycerzach i królewnach, co wprawiło mnie w niesamowicie wspaniały humor. Gdy Aldona zajęła się mną, zdawało mi się, że widzę jakąś postać obserwującą mnie z góry. Nad moją głową robiło sie coraz jaśniej... Miałem wizje bliskie oświecenia. Dotarłem do domu. (...) Pamiętam też, że zastanawiałem się, jak to jest, że ludzie trafiają na ceremonie, w jaki sposób ona dobiera sobie ludzi, którym pokazuje swą mądrość. Aya powiedziała mi, że właśnie w taki, jak u Aldony. Ktoś przyjeżdża, uczy się i przekazuje pałeczkę dalej. Powiedziała mi też, że bardzo lubi pomagać ludziom na ziemi i jest szczęśliwa, kiedy może tak czynić. Dowiedziałem się wszystkiego, co na ten moment było mi potrzebne. (...) Potem Aya pokazała mi lęki innych ludzi i to, co ich blokuje. Postanowiłem podnieść się i trochę pomóc. (...) ![]() Mam parę lekcji do odrobienia przed następnym piciem w przyszłości i wierzę, ze do tego czasu przygotuję sie dobrze. MARZENA (właścicielka firmy produkującej meble) Co dały mi rytuały? - Doświadczyłam połączenia ze sobą, swoja pierwotną energią. Jest to energia kreacji, energia serca; bezmierna, bezkresna, bez początku i końca. Jest bramą do wszystkiego, co istnieje. Pojawiła się jako praźródło, środek wszechświata, a jednocześnie wiedziałam, że to moja pierwotna energia - z niej się wyłoniłam. Zawiera całą wiedzę, od początku do tej obecnej chwili i dalej - w nieskończonym procesie rozwoju świadomości. Poczułam ogromne bezpieczeństwo i radość i moc. Poczułam się piękna i silna. Zobaczyłam to przez serce, w którym jest ŹRÓDŁO. Otworzyłam serce. Uruchomiłam energię wielkiej, bezmiernej miłości, spokoju, bezpieczeństwa i wszelkiej mocy. Nareszcie mogę pełną piersią oddychać, bez obaw, że mnie ktoś zaatakuje. Nie muszę się kulić. Nareszcie mogę czuć radość, nareszcie nie ma we mnie żadnych zakazów ani nakazów. Nareszcie mogę w pełni doświadczać siebie -otwarcie i subtelnie - być jednocześnie wewnątrz siebie i być wszystkim tym, co na zewnątrz. Przy otwartym sercu nie ma samotności, nie ma możliwości kogoś lub siebie skrzywdzić. Światło przenikło z mojego serca na zewnątrz i wprowadza rezonans we wszystko. Moc której nic i nikt nie zniszczy. Mam prawo do bycia człowiekiem w każdym jego przejawie. Mam prawo być małą "księżniczką" i wielkim twórcą. Jestem pod opieką najpiękniejszej istoty we Wszechświecie - siebie samej. Taki jest człowiek. Wszystko, co piszę, bardzo dokładnie widziałam i fizycznie odczuwałam. Dziękuję, że mi pomogliście stać się taką i wrócić do siebie. Cały czas mam rozgrzane serce. OPIS CEREMONII Pierwszy dzień - oczyszczanie, przygotowanie, świadomość... Pojawiają się obrazy: moje wycofywanie się na pozycje przeciętności - tak, aby nie było mnie widać. Bardzo zawsze dbałam o to. Zrozumiałam, że dawno, dawno temu (poprzednie wcielenia) zablokowałam sobie prawo do bycia doskonałą, do wyróżnienia się z tłumu - nie wolno mi było świecić, szarość dawała to złudne bezpieczeństwo. Uwielbiałam bajkę o czapce niewidce. Transformowałam to uczucie na budujące - wprowadzałam sobie pojęcia, że mam prawo być doskonała, mam prawo wiedzieć więcej, mam prawo świecić. Odczuwałam uwolnienie i radość. Weszłam w moment, kiedy dopiero co się urodziłam. Widziałam siebie w kołysce. Wyposażyłam malutką siebie w szczęście, radość, miłość, moc tworzenia. Dałam sobie narzędzie - umiejętność ochrony tak, by nic mnie nie skaleczyło emocjonalnie ani fizycznie, narzędzie do usuwania wszelkich bloków i stwarzania wszystkiego, czego pragnę. Zaczęła się żmudna nauka posługiwania się tym narzędziem. Musiałam "zobaczyć" i zakodować pewność, że wszystko potrafię - naprawić ciało, zmaterializować dowolne marzenie. - Nie było to łatwe, musiałam usunąć wątpliwość. Dotąd biegałam jak po wstędze Mobiusa - niby w górę, niby w nowe a tak naprawdę w kółko. Taki jest umysł. Zmusiłam go, by stał się małym, zgodnym element w mojej konstrukcji (coś jak chromosom w łańcuchu DNA). Tak zaczęłam się uczyć tworzenia siebie na nowo. - Gdy tylko pojawiała się gorsza myśl, przypominałam sobie, że potrafię sobie radzić. (...) Nastąpiła erupcja światła - stworzyło się coś nowego, czego jeszcze nie rozpoznałam, choć było oczywiste. Drugi dzień - budowanie, połączenie, transformacja... Zaczęło się od bardzo złego samopoczucia, smutku, samotności, zgniecenia, lęku i prawie rezygnacji. Poczułam, że coś mnie trzyma za szyję, dusi i siedzi na piersiach, nie daje oddychać. Z ogromnym wysiłkiem próbowałam wydobywać z siebie jakąkolwiek pozytywną myśl o sobie. Napłynęły obrazy z dzieciństwa. Byłam taka szczęśliwa, miałam dobre dzieciństwo, to co się stało ze mną? Pojawiły się sceny, kiedy kończąc studia, pełna marzeń i pomysłów, otwarta i szczęśliwa wplątałam się w związek, urodziłam dziecko, wyszłam za mąż. Marzenia zamieniły się w traumę, nastały straszne dni samotności; stawałam się coraz smutniejsza, zamknięta i opuszczona, a życie zamiast być radością, zmieniło się w koszmar. - To było ponad moje siły. Przywdziałam zbroję, by więcej nie doświadczać bólu. Więcej nie byłam w stanie udźwignąć. Serce się zablokowało. Późniejsze lata były trudną i surową nauką - ponownego odnajdywania się. Dziś wiem, że nie na próżno. Poczułam się tak bezradna, jak nigdy. Wcześniej nie przyznawałam się do tego przed samą sobą - trzeba być przecież silną, zwartą i gotową... Poczułam jak ten wrzód pęka, jak wylewa się cały ten skrywany ból. Przestałam się bronić. Aldona i Jarek pomogli mi, przytulając mnie, masując serce i brzuch.... i powoli ból udawało się transformować. Zaczęły napływać myśli, że jednak odczuwam miłość i ktoś mi w tym pomaga, pomaga zrzucić ten cały ciężar i że już nie jestem sama. Otwierało się zrozumienie, zaczęłam sobie uświadamiać, że przez długie lata w moim umyśle i ciele była samotność, pomimo, że byłam otoczona wspaniałymi ludźmi. I zobaczyłam jak z dziury serca wydobywa się małe źródełko, kropelka za kropelką. I poczułam ogromną ulgę i zobaczyłam gdzieś w dole ŹRÓDŁO białego światła. Wiedziałam, że z tego się wyłoniłam. I wreszcie połączyłam się z tym ŹRÓDŁEM ponownie. Właściwie to zawsze byłam połączona, zlikwidowałam tylko blokady. Jestem już bezpieczna i silna, bo mam siebie. Spełniła się intencja wypowiedziana przed ceremonią, że chcę się połączyć ze sobą, zlikwidować konflikt w sobie. Poczułam, że od teraz zawsze będę wiedziała, co jest prawdą, a co nie. Mam nieograniczony dostęp do całej wiedzy. Z siebie mogę czerpać do woli, całkowicie pewna, że co wiem, czuję i widzę, jest prawdziwe. I pojawiła się łagodność i pojawiła się akceptacja każdej odmienności, inności ode mnie. - Okazało się, że bardzo bałam się innych. Zobaczyłam i zrozumiałam, ze człowiek połączony ze sobą, gdy bazą jest energia serca i praźródła wiedzy, nie popełnia błędów. Nie muszę się już o nikogo martwić, ani przed nikim zabezpieczać. Odzyskałam świadomość siebie - wolność i niezależność. Poczułam ogromny spokój, dystans i szczęście. Po prostu jestem. Jestem wszystkim tym, co widzę czuję i wiem. W tle akurat była muzyka indyjska. Pojawiły się obrazy indyjskiej księżniczki w pięknych, kolorowych ubraniach na rydwanie, zaprzężonym w dwa cudne konie. Chciało mi się tańczyć i śpiewać. Zaczęłam krzyczeć w myślach do koleżanki, leżącej obok: zobacz jaka jestem silna i szczęśliwa. JA ŚWIECĘ !!!Poczułam, jakie mam ogromne, niezbywalne prawo być spontaniczna, beztroska jak dziecko. I mogę tworzyć wszystko, co zechcę, gdyż jest to tworzenie bez błędów - w energiach serca i w stanie całkowitej świadomości. Serce coraz bardziej mi się rozgrzewało. ---------------------------------- Cały czas byłam świadoma wszystkiego, co działo się we mnie i w tych, na których się skupiałam. Mogłam w każdej chwili wstać, otwierałam oczy, przy zamkniętych widziałam jak przy otwartych. Wszystko, co się uruchamiało, odczuwałam mocno w ciele fizycznym. Wiedziałam co robię i po co to robię. Obrazy, zdarzenia były zaskakujące, ale nie obce - bardzo, bardzo długo oczekiwane, w pełni spójne z moją istotą i wiedzą. Uświadomiłam sobie, że wszystko to już dawno wiedziałam, tylko było ukryte, dając jednak siłę w momentach ciężkich kryzysów. Mam w sobie moc tworzenia - nieograniczoną, dojrzałą, świadomą, spójną z wiedzą wszystkich istot ludzkich. Czuję się piękna i radośnie wypełniam wszystko doskonałością. Jestem P.S. Muzyka - niesamowity jej odbiór to jest jeszcze jeden cudowny efekt uboczny po aya - trzyma mnie do dziś z tendencją wzrostową. MAREK (właściciel firmy) Podczas rytuałów czułem się, jak gdyby moja świadomość swobodnie unosiła się w przestrzeni. Ogarnęła mnie niesamowita euforia, piękno nie do opisania słowami. Obrazy i odczucia były jednym. Właśnie takiego stanu szukałem wiele lat!!! Ayahuasca otworzyła moją duszę na nieskończone możliwości kreatywnych rozwiązań. Pokazała i uświadomiła ważność wyborów, których dokonujemy na co dzień. Upewniłem się, poczułem i całkowicie uświadomiłem sobie, że najpotężniejszą, wszechmocną, doskonałą, cudownie piękną i podstawową energią twórczego przejawiania życia na wszystkich poziomach jest właśnie energia MIŁOŚCI!!! Tak! Energia miłości to wzór na moje życie. Właśnie na jej podstawie próbuję, wybieram, decyduję i kreatywnie rozwiązuję zadania w moim codziennym, wspaniałym życiu. Cieszę się, że żyję i o tym wiem. To prawda, że po ceremonii ayahuasca jeszcze w nas zostaje. Ważną rzeczą jest też uświadamiać uczestników, aby po ceremonii jakiś czas normalnie rozmawiali z Ayą - ja to robiłem i oczywiście otrzymałem następne bezcenne dla mnie informacje. Cały czas dbam o to, by utrzymać z nią kontakt. Energetycznie czuję się inaczej, trochę jak małe dziecko i jest to bardzo przyjemne. Nieustannie mam wizje przed oczami. Dziękuję za taką możliwość i za Wasz profesjonalizm, za pomoc w pozbyciu się moich brudów, inaczej pewnie nie miał bym dostępu do ayahuaski. (...)Było to najwspanialsze, najpotężniejsze, najciekawsze, najcudowniejsze objawienie duchowe, jakiego doświadczyłem w tym wcieleniu. Dostałem odpowiedzi, których szukałem bardzo długo!!! Teraz już wiem, jaki jest sens mojego życia, wiem po co się urodziłem, wiem co mam robić i wiem jeszcze dużo, dużo więcej!!! Nie spodziewałem się, że tyle dostanę... Mam zamiar ogłaszać całemu światu, jaką wielką i wspaniałą wartość niesie kontakt z Ayą. Jest to idealny skrót do przepięknego, duchowego świata. Inaczej myślimy, inaczej mówimy, inaczej czujemy w ogóle stajemy się chyba innymi ludźmi. Wspaniałe, fascynujące doświadczenie. Szkoda tylko, że tak krótko trwało! MACIEJ (przedsiębiorca) (...) Porwany, wręcz wciągnięty przez nauczyciela(nazwałem go AYA) znalazłem się w świecie, którego nie da się opisać słowami. Piękne kolory, zmieniające się obrazy, wszechogarniające ciepło no i AYA.Zmieniłem się w dziecko, a ONA, emanująca ogromną miłością zaczęła prowadzić mnie przez ten świat niczym przewodnik w muzeum, ucząc wszystkiego jak matka. Cofnąłem się praktycznie do swoich narodzin. Na początku AYA uczy mnie sposobu porozumiewania się między nami. Jest to język gestów i odczuć fizycznych, którymi przekazywała mi pewne informacje. Co ciekawe ta nauka odbywała się bardzo szybko. Pierwszą rzeczą, którą mnie nauczyła, to poddanie się czyli pozwolenie jej na działanie. Mrowienie w rekach to znak, że ma mi coś do powiedzenia, przekazania. Wtedy poddawałem się całkowicie. Uczyła mnie tańczyć, bronić się przed ciemnymi bytami, leczyć swoje ciało, sterować oddechem. Każda lekcja przeplatana była jakimś żartem z jej strony. Czułem się jak mały szkrab w przedszkolu, któremu podczas zabawy wpajana jest jakaś wiedza. Po kilku takich lekcjach, zorientowałem się, że ją słyszę, a moje pytania uzyskują odpowiedź, zanim je wypowiem w myślach. Weszliśmy w kontakt telepatyczny. Te odpowiedzi powstawały w moim wnętrzu i rozlewały się w mojej głowie. Wiem, ze to brzmi trochę dziwnie, ale inaczej nie potrafię tego opisać. Cały czas czułem wszechogarniającą miłość, czułem, że ta istota mnie kocha matczyną, ciepłą miłością i że jej na mnie zależy. W pewnym momencie wyraźnie poczułem, ze AYA posmutniała. - Chcesz mi coś powiedzieć? - Zapytałem. Coś złego? - Tak. - Usłyszałem odpowiedź. Nie chciałem tego usłyszeć i próbowałem zmienić temat. Później okazało się, że była to jedna z najważniejszych moich lekcji - lekcja zaufania do samego siebie. - Nie uciekaj, to nic nie da. Powiedziała. - Ok. Słucham. - Zrezygnowany czekałem na cios. - Ty już tu nie masz nic do roboty, choć ze mną.... - Przeraziłem się nie na żarty - Dlaczego? Zapytałem - Nie chcę, nie mogę. - Dlaczego nie możesz? - Obiecałem moim dzieciom, że wrócę, oni mnie potrzebują. - W te słowa włożyłem całe swoje serce. AYA nie odpowiedziała, poczułem mrowienie w rękach, a to sygnał, że mam się poddać. Chwila niezdecydowania, strach i nagle myśl, moja myśl... Przecież AYA nie skrzywdzi moich dzieci, musze jej zaufać". Teraz wiem, że właśnie o to chodziło, o zaufanie, zaufanie do AYI, czyli do samego SIEBIE. Poddałem się, znów byłem dzieckiem, niemowlęciem. AYA uczyła mnie wszystkiego od początku, ruchów, gestów, chodzenia, oddychania, tak jakby restartowała moje całe doświadczenie życiowe. Oczywiście cały czas czułem ogromną miłość, ciepło i bezpieczeństwo. Kolejna lekcja, trochę trudniejsza, odbywa się w toalecie. AYA uczy mnie decydować o sobie, panować nad swoim ciałem. Pokazuje jak przerwać drżenie ręki, jak powstrzymać odruchy wymiotne, jak zamienić odczucie zimna na ciepło. - Poddaj się, nie walcz, teraz ja decyduję! - No i treść żołądka znajdowała drogę do celu... hehehe. Było to fascynujące uczucie, JA panuję nad swoim ciałem, ono mnie słucha. Wszystkie moje odczucia, ciepło/zimno, strach/lęk zależą tylko ode mnie... Walka w toalecie trwała tak długo, aż zrozumiałem... TO JA DECYDUJĘ! Ukazując mi odczucie mdłości i ścisk w okolicach żołądka prosiła, żebym to zapamiętał, jako pewnego rodzaju alarm. Alarm przed złą energią, przed chorobami. Pokazała mi, jak je odpychać, jak z nimi walczyć. Było to bardzo łatwe... Pozbyłem się lęku przed ciemną stroną i poczułem się jeszcze bardziej komfortowo. Miałem nad nimi władzę i byłem od nich silniejszy. Następna lekcja- lekcja miłości, najpiękniejsza. Odbierałem miłość od całego Wszechświata, płynęła do mnie zewsząd i rozlewała się po całym ciele. Jedna Wielka Ekstaza. Potem oddawanie, wysyłanie w przestrzeń mojej miłości. I obezwładniające uczucie Harmonii. Te słowa wychodzą ze mnie automatycznie, nie zastanawiam się zbytnio, płyną z głębi serca, AYA jeszcze mnie trzyma w swoich objęciach. Najpiękniejsze przeżycie - AYA pozwala mi zbudować na nowo relacje miłości z najbliższymi, z żoną i dziećmi. Zaczynam ich jakby lepić z gliny od początku i im więcej w to wkładam miłości, tym bardziej wyłania się oczekiwana postać. Bardzo wzruszająca chwila, płaczę, ale są to łzy szczęścia, euforii. Dzieci. Trzymam w rękach te małe istotki, są przezroczyste, są czystą energią. Żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co czułem i czuję w dalszym ciągu, bo to nie przemija, te uczucia pozostają. Kolejna lekcja, lekcja miłości do kobiet. AYA pokazała mi ich piękno, kierując całą moja seksualność w kierunku tej jedynej, najważniejszej. Było to bardzo zabawne, niczym ojciec lub matka groziła palcem zawsze, gdy w głowie pojawiał się stary stereotyp myślowy. Później zrozumiałem, co mi chciała przekazać. - Kochaj w taki sposób żebyś nie krzywdził tych, których kochasz! Zapytałem AYE. - Kim jesteś? - Wtedy poczułem mrowienie w rękach. Mój palec wskazał na moje ciało. Ona jest mną, zrozumiałem, moim wyższym JA. -Pokochaj siebie! Powiedziała. - Przytul się mocno i daj tyle miłości, ile możesz. - Co mam zrobić, żeby o tym nie zapomnieć? -Zapytałem - Oddychaj świadomie, od dzisiaj będziesz oddychał świadomie, a z każdym oddechem będziesz czuł, że jestem z tobą i kocham cię ponad wszystko. - Zaczęła mnie uczyć oddychać, smakować zapachy. Po raz pierwszy poczułem, ze oddychanie może być takie przyjemne. Zresztą czuję to do dnia dzisiejszego. - Oddychasz świadomie. - Powiedziała - Pamiętaj o tym. I co jakiś czas przypominała mi. - Dlaczego nie oddychasz, udusisz się. Znów zapomniałeś? - hahaha. W pewnym momencie usłyszałem myśl "uzdrowienie". - Ja mam uzdrawiać?- Zapytałem. - Nie potrafię, nie chcę, to zbyt trudne. - Masz uzdrowić siebie. - Odpowiedziała, a moje ręce bez mojej woli zaczęły dziwny taniec wokół mojego ciała, jakby wypychały z niego jakieś złe energie. - Zobacz, jakie to łatwe. - Powiedziała. - TY DECYDUJESZ! Ta choroba została stworzona przez ciebie samego, po to żebyś mógł poznać dar uzdrawiania. Teraz możesz uzdrawiać innych. W pierwszym odruchu trochę się przeraziłem, ale akceptacja pojawiła się prawie natychmiast. Później jednak okazało się, ze nie było to takie jednoznaczne i proste. AYA cały czas prowadziła jakaś grę i małymi krokami prowadziła tam, dokąd zamierzała mnie zaprowadzić. Próbowałem uzdrowić, najpierw moją zonę i dzieci, odbierając od nich ich choroby. Poczułem silny ścisk w żołądku i odruch wymiotny. Potrafiłem już nad tym zapanować, a złe energie opuszczały moje ciało - po odkaszlnięciu czułem pewnego rodzaju lekkość. Piszę trochę nie chronologicznie, ale nie jestem w stanie odtworzyć wszystkiego dokładnie w poczuciu czasu. Przypomniałem sobie jak uczyła mnie śmiać się. - Ty nie umiesz się śmiać. - Stwierdziła. - Nigdy się nie śmiałeś. Było to bardzo zabawne i tym razem śmiałem się naprawdę. Zresztą nie tylko ja, moi przyjaciele z grupy również. Ten śmiech to był taki most porozumienia miedzy nami. Ta sesja zmieniła moje życie na zawsze, do rana nie mogłem zasnąć analizując każdy szczegół tego, co przeżyłem. Była to najpiękniejsza przygoda mojego życia. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero początek... Bez leku i nadzieją, ze znów spotkam się z tą cudowną, kochającą mnie istotką, przystąpiłem do ceremonii drugiego dnia. Nie mogłem jednak znaleźć Ayi. Czułem, że jest, blisko, ale z jakiegoś powodu stanęła gdzieś z boku i obserwuje... Pomyślałem, że może to jakiś egzamin, chce sprawdzić, czy coś zapamiętałem z poprzedniej sesji. Od początku miałem problem z jakimiś bytami, które pchały się do mnie ze wszystkich stron, nie było to przyjemne, ale jakoś sobie radziłem. Później zrozumiałem, ze te demony to moje myśli i emocje, z którymi miałem się rozprawić. Taki prawdopodobnie był temat tej lekcji. Cały czas plułem, kaszlałem, czułem obrzydzenie... Praktycznie nie miałem żadnych wizji, tak jakby ktoś wyłączył obraz w TV, ale dokładnie wszystko czułem, wiedziałem, co się dzieje. W pewnym momencie pojawiły się jakieś małe istoty o geometrycznych kształtach. Chciały żebym z nimi poszedł, wydawały się miłe, więc poszedłem za ich głosami. Nagle usłyszałem dźwięk grzechotki Jarka i pojawił się rzeczywisty obraz tych istot, które nie były już takie sympatyczne. Zacząłem się wycofywać. Nie były z tego zadowolone, biegały i przeklinały... Znalazłem się w Dżungli, zaczęły pojawiać się obrazy, ale bardzo oszczędne. Przez moment byłem bardzo dużym drzewem. Czułem jego moc i siłę, chłonąłem to uczucie. AYA prosiła żebym je zapamiętał. Potem byłem tygrysem, pojawiło się uczucie siły, gniewu i władzy. Następnie łanią - uczucie łagodności i bezbronności. Na koniec tej przebieranki pojawiłem się, jako słoń, czułem jak macham trąbą, jestem pewny siebie, nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Praktycznie cały czas miałem kontakt z grupą, każda chęć porozumienia była natychmiast realizowana, a wyrazem tego były emocje radości i śmiech. Staliśmy się jak jeden organizm, jeden duch.Z tej sesji pamiętam jeszcze wyraźnie naszą wspólną akcję czyszczenia Łukasza. Czułem jak wychodzi z niego mnóstwo różnego badziewia. Znów musiałem pluć, kaszleć, miałem odruchy wymiotne, Jednak dawało mi to dużo satysfakcji. Tej samej nocy po wypiciu kolejnej AYI wiedziałem, że będzie ostra jazda i to, co się wydarzyło zostanie już w mojej głowie na zawsze. Ogólnie było to jedno wielkie cierpienie i walka o życie, ale po tym doświadczeniu nic już nie jest w stanie mnie pokonać. Zaczęło się niewinnie. AYA pokazała mi koło, ze nasze życie to cykl i musi się w nim znaleźć wszystko, i dobro i zło, że najważniejsza jest równowaga i harmonia. Tak zbudowany jest Wszechświat i jeżeli chcę to zrozumieć, muszę to wszystko wchłonąć. Nie zapytała nawet, czy chcę i zaczęła się jazda na całego. Tempo, w jakim zmieniały się obrazy, natłok informacji, które wpychały się do mojej głowy, był nie do opanowania. Myślałem, że eksploduję, że pęknie mi głowa. Czułem się, jakbym miał zjeść cały Wszechświat, spakować go z powrotem do rozmiarów mieszczących się w mojej głowie. Nie miałem wpływu na jakość tego, co pochłaniałem, było tam wszystko, co do niedawna miałem od siebie odpędzać, a teraz to wszystko było już we mnie. Gdy tylko zdobywałem się na walkę, od razu słyszałem głos. - Poddaj się temu! - Z drugiej strony wiedziałem, że za chwilę już tego nie wytrzymam. Chciałem to przerwać, prosić o pomoc, ale nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa. Znów usłyszałem słowa, ze, jeśli chcę się dowiedzieć, muszę się poddać całkowicie... - Co to znaczy? Czy to znaczy śmierć?.... Ale co z moją rodziną, obiecałem, że wrócę, muszę wrócić. Nie chcę się poddać, walczę..., ale im dłużej stawiam opór, tym ból jest coraz większy. Pojawiły się wymioty, nie do opanowania, rozrywające mnie od środka. Sprawiły, ze zacząłem myśleć o poddaniu, wiedziałem, że długo już tego nie wytrzymam. Jedyna rzecz, która mnie trzymała, to myśl o moich najbliższych. Gdzieś jakby w lustrze zobaczyłem swoja powyginaną w bólu twarz. Myślałem, ze to koniec... Znów usłyszałem głos. - Poddaj się! - Ale jak mam to zrobić? Wtedy przyszła myśl, że może nie jest tak źle, przypomniała mi się lekcja o zaufaniu i kolejna, że może tu wcale nie o mnie chodzi. Kto ma się poddać? Przecież nie ja, to moje EGO ma się poddać, to o nie cała ta wojna. Poddałem się, nie miałem już siły walczyć. Wyszedłem z toalety z rolką ręcznika papierowego i stojąc w sali ceremoniałnej bezwiednie przyłożyłem ją do ust. Zobaczyłem, jak wydobywa się z niej ogrom światła w różnych kształtach. Tak naprawdę nie wiem, co by to miało oznaczać..., jednak poczułem się znacznie lżej. Położyłem się i zapadła głucha cisza. Nie wiem, jak długo to trwało. W tej ciszy zacząłem prowadzić jakiś dialog, sam ze sobą. Uświadomiłem sobie, że umarłem, było cicho i bezpiecznie, dobrze. (...) Zacząłem składać mój świat od nowa, najpierw DNA jak z klocków lego - z pewnością siebie, jakbym to robił już wiele razy. Wystarczyło, że o czymś pomyślałem, a to już powstawało, najpierw, jako obraz, hologram, a po chwili stawało się namacalna formą. Na moich oczach tworzyły się drzewa, zwierzęta, ludzie. Do tego cały czas towarzyszył mi pośpiech, czułem, ze mam mało czasu. Całe moje działanie było zdeterminowane powrotem do dawnego świata. Czułem się jak wewnątrz jajka, które w każdej chwili może pęknąć i wyłoni się moje dzieło, mój świat. Tworzenie szło coraz sprawniej, uczyłem ludzi mowy, tworzyłem uśmiech. Właśnie! Jak zbudować uśmiech? Wziąłem jakieś wiadro, w którym była kisielowata masa, to była miłość, ale... czegoś jeszcze brakowało i nagle olśnienie! OCZY! Uśmiech to przecież głównie oczy zatopione w miłości. Byłem z siebie bardzo dumny. Po każdym akcie tworzenia musiałem niejako pochłonąć swoje dzieło, połknąć je, po czym zapadała cisza, z której budził mnie ogromny haust powietrza, tak jakbym dłuższy czas przebywał pod wodą i nagle się wynurzył. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, że, jeżeli mam już taką okazję, to coś zmienię, zbuduje nowy, lepszy świat, bez cierpienia, piękny i zdrowy. Ale natychmiast na takie myśli przychodził obraz konsekwencji; każda zmiana to inny świat, stary przestaje istnieć! Wiedziałem już, co mnie trzymało w tej walce! Bałem się, że moi ukochani przestaną istnieć, albo raczej ja przestanę istnieć dla nich. Natychmiast porzuciłem te myśli. Zastanawiałem się, dlaczego mi tak zależy na tym starym świecie, przecież tak naprawdę zawsze na niego narzekałem, że jest okropny, nudny i szary, niesprawiedliwy, nie raz przecież miałem już wszystkiego dosyć. I nagle zrozumiałem, ze ten świat, którego nienawidziłem, jest jedynym, którego pragnę, że nic nie jest w stanie go zastąpić. Żeby to zrozumieć musiałem stanąć na krawędzi i poczuć stratę. Zrozumiałem, ze nic nie trzeba poprawiać, ze forma jest iluzją, a jedyną rzeczą niezniszczalną i niezmienną jest miłość. Z niej jest zbudowane wszystko. Podjąłem decyzje, ze nic nie zmieniam, że kocham ten świat taki, jaki jest. Znów zapadłem w ciszę, po raz kolejny obudził mnie haust powietrza. Czułem ze wszystko wraca do normy. Gdy usłyszałem dzwonek, ucichła muzyka, otworzyłem oczy i byłem znów w swoim świecie. Wpadłem w pewnego rodzaju ekstazę. Cieszyłem się, że już mam to za sobą, że udało się wrócić, że znów żyję. ----- Dopiero w domu zrozumiałem przesłanie, które otrzymałem od mojego JA. Zrozumiałem, że nie da się poprawić czegoś, co samo w sobie jest doskonałe, jest cząstką Boga. Jedyne, co mogę zrobić, to żyć w miłości do tego świata, wtedy ta doskonałość zacznie się odwzajemniać. Pełna akceptacja, pozwolenie żeby rzeczy mogły się wydarzać, danie im przestrzeni i pozytywnej energii, bez jakiegokolwiek oporu. Mam żyć tu i teraz, bieżącą chwilą, to jest właśnie życie, reszta jest iluzją. Nie wiem, czy to mi się uda, ale przynajmniej wiem, co jest najważniejsze, do czego mam dążyć, jak starać się żyć. AYA cały czas działa i jest ze mną, zaskakuje mnie codziennie, odpowiedzi przychodzą czasami z jak najmniej oczekiwanych źródeł, ale najważniejsze, że przychodzą. Codziennie dostaję nowe drogowskazy. Jeszcze raz dziękuję za wszystko, jestem wdzięczny światu, że spotkałem Was na swojej drodze... ZOSIA (pielęgniarka) Zaczęło się od tego, że podczas medytacji prosiłam o pokazanie mi właściwej drogi mojego życia. Dostawałam zawsze tą samą odpowiedź: nic nie musisz robić...pracuj miłością! Pewnego dnia koleżanka zadzwoniła, że Aldona i Jarek mogą mi pomóc w zrozumieniu samej siebie. Działałam zdecydowanie i po kilku dniach znalazłam się u nich w domu, w towarzystwie sympatycznych panów; jeden z nich był dyrektorem sporej firmy, drugi wolnym ptakiem. Każdy z nas przybył z innego świata. Natychmiast został stworzony niezapomniany klimat. Nie boję się tu użyć słowa: wspólne bytowanie w miłości. Tak, to było coś niesamowitego! Byliśmy ze sobą jak jedna rodzina. Wspomagaliśmy się na każdym kroku i dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami. Podczas diety zapoznaliśmy się z podstawowymi prawami świata wewnętrznego, a wieczorem wyjechaliśmy do Holandii. Pierwszy dzień ceremonii był dla mnie dniem totalnego oczyszczenia. Pokonywałam stare programy i inne narzucone mi ograniczenia, tak mocno zakorzenione w moim wnętrzu. Ból głowy był oznaką, że się oczyszczam. Oczy i okolice trzeciego oka rozrywały głowę... Przyszła do mnie Aldona. Za pomocą dotyku i słów miłości pomagała rozerwać pętające mnie łańcuchy... Czułam dotyk anioła.... Czułam ruch w całym ciele, które wyrzucało z siebie ciemne energie. W obrazach pojawiały się wszelkiego typu szare i ciemne robaki. Mało ciekawe widoki. Ba! przerażające. I to wszystko tkwiło we mnie, a ja to nieświadomie pielęgnowałam. Następny dzień był radością...obudziłam się lżejsza. Pobyt w kamiennych kręgach pomógł mi oczyścić się totalnie. Zrzuciłam z siebie i skasowałam wszelkie śluby, przysięgi i przyrzeczenia. Poczułam się pierwszy raz w życiu wolna...chciało mi się fruwać... Wieczorna ceremonia była pobytem w Raju... Bajeczne kolory...cisza...muzyka serca...miłość.. - Byłam wszystkim, co JEST. - Wszechogarniająca radość..., szczęście... Obrazy...wizje...wdzięczność. Zobaczyłam, co moja dusza pragnie jeszcze doświadczyć i w jakiej kwestii robiłam błędy. Otrzymałam osobiste przesłanie, dotyczące moich intymnych spraw. ---- Pracuję teraz nad sobą, staram sie żyć w miłości. Niesamowite przeżycia pomogły mi zrozumieć moją rolę w tym ziemskim życiu. Samo uczestnictwo w rytuałach ayahuaski zostało zapisane w moim sercu tęczowymi kolorami i tęsknotą powrotu do tych magicznych chwil. Słowa nie potrafią opisać tych przeżyć... - dla mnie to kwantowy krok do przodu. Pozdrawiam wszystkich, czytających ten tekst. KASIA Jesteście Doskonałymi Szamanami, nieustannie w moim sercu. Bardzo Wam dziękuję, Aldonie - za nieustający strumień energii serca, miłości, jaką mnie napełniłaś i uświadomiłaś jednocześnie jak bardzo, naprawdę bardzo tego potrzebowałam, Jarkowi- za prawdziwą, nieprawdopodobną, męską opiekę i czułość. Dzięki Wam doświadczyłam fizycznego przejawu Energii i Miłości Życia. Dzięki Wam odkrywam świat na nowo. Zawsze był dla mnie piękny, ale teraz zupełnie zmienił swoje oblicze. Każdego dnia napełniam się energią roślin, minerałów, odczuwam świat zwierząt, przeobrażam siebie. Inaczej patrzę na ludzi, a raczej dopiero teraz zaczęłam na nich patrzeć. Doświadczam, jak ważna jest akceptacja i jak bardzo otwiera wszystkie istoty. Podczas ceremonii czułam, jak przepływają przeze mnie fale energii, na przemian wynoszą ciało do góry, potem spychają w dół. Czułam rozpychającą mnie od wewnątrz energię, która przymuszała do porządkowania wszystkich struktur, wdzierała się w najdrobniejsze cząstki ciała, drobinki psychiki, zakamarki umysłu. Wszystko to, co odsuwałam od siebie, zakrywałam, udawałam, że tego nie ma, powróciło ze zwielokrotnioną siłą.Zrozumiałam, że muszę się oczyścić, rozplątać wszelkie supełki, wniknąć w każdy konflikt i opór. Muszę rozpoznać przyczyny blokad, stresu, bólu. Muszę zejść do mrocznych podziemi siebie, wpuścić tam światło, powietrze, uwolnić się, oczyścić. Trwało to długo i było bardzo bolesne. Potem zapragnęłam doświadczyć wszystkiego tego, czego odczuwałam brak, niedostatek. Tylko w taki sposób mogłam się dopełnić i urodzić na nowo. Stworzyłam obraz nowych rodziców, z niecierpliwością oczekujących mojego przyjścia na świat. Od pierwszych chwil narodzin czułam nieprzerwany strumień miłości i czułości od mamy, a od taty delikatności i nieprawdopodobnej opieki, jaką otaczał nas obie. Byłam skąpana w energii ich serc. Kolejno doświadczałam: stanu błogiego lenistwa, nieustającego odpoczynku i relaksu; nieprzebranego bogactwa i dostatku. Doświadczałam stanu zaspokojenia każdej zachcianki i pełni istnienia. Strumień białej energii buchnął przez moje piersi i wypełnił mnie całą. TOMASZ (artysta) Moja duchowa podróż zaczęła się dwa tygodnie przed ceremonią. To była próba sił przeciwko woli przemiany. Wewnętrzne demony wiedziały, że to ich koniec, że będą musiały odejść, ustąpić miejsca Światłu. Na szczęście nic nie było w stanie mnie zatrzymać! - Budziła się we mnie mistyczna siła, dzięki której czułem się bezpieczny. Pewność, co do podjętej decyzji rozjaśniała mój umysł. Ceremonia Pachniało kadzidłami, paliły się świece - piękny wystrój pomieszczenia, można się było poczuć jak w łonie matki. Stworzyliśmy krąg, składając prośby do ducha rośliny. Atmosfera była gęsta od miłości. Wypiliśmy i każdy położył się na swoim posłaniu. Myśli jak natrętne muchy pędziły po mojej głowie. Próbowałem je wyłączyć, ale to było bardzo trudne. Byłem przywalony grubą warstwą naleciałości i musiałem przejść gruntowny proces oczyszczenia. Pojawiło się wiele krótkich wizji, czarno- białych, bo takie było moje życie. Docierało do mnie mnóstwo informacji na jego temat (długo by o tym pisać). Przez wiele lat zgromadziłem w sobie mnóstwo nienawiści do świata i lęku przed nowym. Byłem blokowany przez wytwory własnych myśli. Moja karma. Myślałem, że może nie jestem jeszcze gotów. Takie poczucie niższości - to był mój odwieczny problem - czuć się godnym. Czułem mieszankę uczuć, tragicznych wspomnień, psycho-somatyczne bóle i blokady... Przypominało to kaca moralnego z całego życia. Emocje z różnych zdarzeń, tak, jakby ktoś zebrał wszystko, co w moim życiu negatywne, kazał to zjeść, przeżuwać kęs za kęsem, a potem wszystko zwrócić. Cały ból, wstręt, apatię, niechęć.... Wszystko na raz. Ból, problemy z oddychaniem (na poziomie mentalnym) i uczucie grzęźnięcia w bagnie. I bezsilność. Byłem zdeterminowany. Chciałem uciec, miotałem się w doznaniach, wszystko wydawało się nie stabilne, bałem się, że wybuchnę, zrezygnuję... Lecz coś we mnie szeptało; Zostań, to Twoja szansa. Daj ją sobie. - Zmobilizowałem wszystkie siły, skoncentrowałem się, żeby ogarnąć chaos. Kulminacyjnym momentem stało się dotarcie do centrum bólu. Było jak czarna, ciężka kula, wypełniona brudnym metalem. Mocowałem się z nią, starałem się ją podnieść i usunąć ten ciężar z mojego centrum. Kolejne próby kończyły się jeszcze większym bólem i bezsilnością. Spokój do serca wprowadziła pomocna dłoń Jarka. (Dziękuję!) I wtedy mnie oświeciło! Zrozumiałem, że mogę to zrobić tylko łagodnością i miłością. I tak się stało. Czułem szczęście. Miałem teraz dostęp do siebie. Mogłem żyć dalej bez obciążeń, które dotąd zasłaniały mi prawdę na mój temat. Przez cały czas byłem świadomy, co się dzieje. Pomimo, że nie miałem żadnych wizji, nie czułem rozczarowania. Przejrzystość myśli była dla mnie wspaniałą nagrodą. Do moich wątpiących uczuć zaczęły docierać proste odpowiedzi. To było rozjaśnienie umysłu, jasny wgląd, trzeźwe spojrzenie na moje emocje. Otrzymałem ZROZUMIENIE. W następującym potem myślotoku przeprowadziłem konwersację sam ze sobą, możliwe, że zrobił to duch rośliny albo moje wyższe Ja. Nie wiem, czy bym sobie kiedykolwiek sam poradził z natłokiem negatywnych emocji i bólu. Chylę czoło przed profesjonalizmem Jarka i Aldony. Część druga Silne przywiązanie do starych wzorców sprawiało, że za każdym razem, kiedy udało mi się dosięgnąć szczęścia, myślałem, że to nie czas. Rozum - jak zły chochlik - ściągnął mnie w dół, ale po wcześniejszej lekcji już umiałem pokonać siebie. Czas już nie grał roli. Nie wiem, jak przekonałem rozum do ustąpienia, ale już było inaczej. Przed moimi oczami ukazał się wąski kanion ze stromymi ścianami jakby ze szkła. Bałem się a raczej zdawałem sobie sprawę, że jeśli tam wejdę, to nie będę miał odwrotu, droga jest tylko do przodu. Obawiałem się tego, co mnie spotka. W myślach wołałem o pomoc! I pojawiła się Aldonka (dziękuję!). Udzieliła mi pomocy z taktem i wyczuciem - jak chirurg duszy. Otuliła moje ramię i poprowadziła przez dolinę złych myśli, pomogła uchylić drzwi do światełka. Reszta przyszła sama. Było już łatwo. Widziałem siebie jako małego chłopczyka, który był prowadzony za rączkę. Ogarnęło mnie ogromne uczucie bezpieczeństwa, umacniane uczuciem radości. Poczułem, co te jest zaufanie. Każdy mały kroczek był milowym krokiem. Poprawiałem, usuwałem, wstawiałem nowe myśli, wzorce... Była to niełatwa praca. Moment w czasoprzestrzeni, do którego dotarłem to czas uwolnienia i odrzucenia starego. Raz na zawsze.W miejscu, gdzie wszystko bierze swój początek, nadałem sobie prawo do wiecznej miłości, wybaczenia tym, którzy zadawali mi rany. Pojąłem, że sam o tym decydowałem. Poczułem ogromne wzruszenie, łzy obmyły brudne soczewki moich oczu. Widziałem jasno i przejrzyście, czułem się lekko, swobodnie, ciało moje wypełniło światło, które leczy. Rozpoczął się proces leczenia i usuwania blokad energetycznych. W pełni poddałem się duchowi rośliny, a ona mnie poprowadziła. Używała moich dłoni jak instrumentów. Z moich palców wypływało jasne światełko i przenosiło się tam, dokąd je skierowałem. Po raz pierwszy w życiu czułem lekkość oddychania i swobodę ruchów. Ujrzałem kolory, a dokładnie w miejscu splotu słonecznego pojawił się kwiat lotosu. Mienił się barwami, pokrywając całą moją klatkę piersiową. Zrobiło się jasno i przyjemnie. Światło wypełniło całe moje ciało, a szczególnie głowę. Płynęła do mnie Wiedza dotycząca świata, życia... nawet nie trzeba było zadawać pytań. Czułem już tylko lekkość. W życiu nie bałem się prawie niczego, największy strach budziło we mnie okazywanie miłości. Z pomocą Aldony postawiłem pierwszy krok w prawdziwym rozwoju. Teraz wiem, że bez miłości bezwarunkowej nie jesteśmy w stanie nic osiągnąć. Miłość do samego siebie uskrzydla i daje moc przenoszenia gór. Duch ayahuaski, wszechobecna mądrość. Bóg, siła..., która w każdym z nas tkwi - jest obecna, żywa i kieruje naszym życiem, a my mamy do niej dostęp. Wiem, że możemy Nią być - naszą świadomością, tu i teraz. ---------------------------------- Te pierwsze moje ceremonie wspominam z namaszczeniem - jak proces prania wstępnego. Nie miałem jeszcze tych wszystkich barwnych wizji ani nieznanych światów. Było za to bogato w emocje i szczęście - ze ZROZUMIENIA. Wszystko, czego pragnąłem, otrzymałem z nawiązką. Przede wszystkim wiem, kim jestem. Stan świadomości. Prawdziwe cuda dzieją się po ceremonii; zmiany w życiu, w kontaktach z ludźmi... Odczuwam realną zmianę w świecie mentalnym i materialnym. Zacząłem dążyć do bycia lepszym człowiekiem. Od 20 lat byłem uzależniony od tytoniu, marihuany..., teraz jestem czysty! Ceremonie tego typu powinny być ogólnie dostępne jako terapie społeczne. BASIA Jest jak mówiłaś, czuję się jak nowo narodzona. To trochę jak pierwsze dni studiów, gdy po pełnej zakazów i nakazów szkółce, nareszcie wolność! - Ale co z nią zrobić? (Żartuję. Już sobie z tym poradzę!) Ayahuasca jeszcze trzyma, co chwila daje mi nowe olśnienia. Zawsze biegałam tak szybko, że trudno mnie było zatrzymać. Wczoraj zadałam sobie pytanie, po co? Dokąd tak biegnę? Dlaczego?Po każdym olśnieniu psy witają mnie jak nową osobę. Rozwijam się dalej, żeby jeszcze przejrzeć, przewartościować różne kody we mnie. Miłość mnie cały czas kołysze. Nie pamiętam, by kiedyś było mi tak dobrze na świecie. TOMEK (właściciel restauracji) Pierwszy dzień. Muzyka zrobiła się bardziej przestrzenna i po prostu była w całym pomieszczeniu - wręcz można ją było zobaczyć, każdy dźwięk na innej wysokości sali. Potem zobaczyłem krótki skompresowany film z mojego dotychczasowego życia, począwszy od łóżeczka w którym stoi mały Tomuś, poprzez przedszkole, szkołę, komunię, pracę i - w przyśpieszeniu - aż do teraz. Wniosek to jedno słowo - samotność. Jednak nie było to czymś przykrym, raczej podsumowaniem, informacją, że wszystko, co było, miało dokładnie tak być. To wyzwalające uczucie. Dźwięki muzyki stały się nośnikiem informacji, a sposób przekazu był niesamowity - z częstotliwości drgań dźwięku wprost do mojej świadomości. Muzyka powodowała uruchomienie we mnie uczuć, które pozwalały na zrozumienie. Niesamowite uczucie miłości. ( Ciekawe, że napisałem to słowo! Przez 40lat nie chciało mi w ogóle przejść przez gardło). Potem się to przerodziło w błogość i radość tak wielką, że aż wszystkie komórki mojego ciała zaczęły się trząść i śmiać, pomimo tego, że włączył się na chwilkę schemacik pt. nie wypada się rechotać, bo jeszcze są inni i pewnie przeżywają coś swojego. Jednak się śmiałem. Uświadomienie sobie, że to ja nakładam na siebie ograniczenie, było bardzo wyzwalające. Wyglądało to tak jakbym patrzył na siebie z pewnej wysokości, gdzie jest tylko wolność i pełnia. Oglądałem tą wątpliwość. Zdałem sobie sprawę z niedorzeczności, jaką sobie narzucam. To był całkiem inny śmiech od tego, który pochodzi z usłyszenia dobrego kawału, to była ogromna radość wyrażona śmiechem. Aldona ( razem z Jarkiem czuwali cały czas nad przebiegiem ceremonii) zobaczyła, co się dzieje, jaka wspaniała energia temu towarzyszy i powiedziała coś, co mnie zadziwiło. - Przekaż to Agnieszce. - Jak to? - Pomyślałem. - To jest przekazywalne??? Więc próbuję jej to pokazać i nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy ona ma otwarte oczy, niewiele może zobaczyć. Ruchem ręki dałem jej sygnał do zamknięcia oczu i po chwili załapała. Usłyszałem jej śmiech i wiedziałem, że już widzi. To było niesamowite. Radość, miłość i błogość, która była w jakiś sposób przekazywalna, ale jednocześnie miałem świadomość, że owo JA, które przekazuje i odbiera, to jedno. Owo JA jest wszystkim z czego zrobiony jest świat. (Wiem, jak niedorzecznie może to brzmieć dla ludzi, którzy tego nie przeżyli.) Poprzez te piękne uczucia docierało do mnie zrozumienie wielu spraw i to było bardzo ekscytujące i powodowało jeszcze większą radość i podniecenie. Trwało to chyba do rana z niewielką przerwą na sen i dalej do obiadu. To było niesamowite ! Drugi dzień. W codziennym życiu znalazłem się w punkcie, w którym tak naprawdę nic mnie nie rajcowało, nie wiedziałem w co się zaangażować, co dawało by mi zadowolenie i kasę. Potrzebowałem drogowskazu i dostałem go w nieprawdopodobny sposób. Pierwsze zrozumienie dotyczyło budowy i tworzenia wszystkiego. Wow! Szczęka mi opadła do samej ziemi. Kiedy to zrozumiałem, byłem tak podrajcowany, że doszło do mnie bardzo jasno, co tak naprawdę mnie ekscytuje. - Poznawanie i rozumienie na poziomie do tej pory nieznanym. Dziś, kiedy w końcu to piszę, doświadczam codziennie zrozumienia bardzo wielu rzeczy. Budowa wszechświata!!! (...) WSZYSTKO JEST MYŚLĄ !!! ??? Nieprawdopodobne! Hmmm... ale jak...? O co chodzi...? Całe pojmowanie polegało na stawianiu (nie wiem jak to określić ) stwierdzeń ze znakiem zapytania. Coś było mi przedstawione i coś sprawdzało, czy się z tym zgadzam lub też czy rozumiem. Czymże zatem jest MYŚL ? Czyżby ENERGIĄ ??? Nieprawdopodobne. Wiem, Einstein już się nad tym zastanawiał, ale co było pierwsze: masa czy energia, jajko czy kura ? Czy twierdzenia Einsteina wzięły to pod uwagę? Nie wiem. Zdobyłem silne przekonanie, że najpierw była energia i zrozumiałem że jest to rodzaj drgań. Nagle te drgania zaczęły przybierać formę dźwięku i pojawiło mi się przed oczami zdanie "Na początku było słowo". Po chwili zrozumiałem ,że jest to strzał prawie w dychę. Biblijne słowo dotyczyło dźwięku samego w sobie, czyli energii. Zatem najpierw jest energia, ale jak tworzy się masa? Masa tworzona jest z wszechobecnego pola świadomości, w którym myśl określa kształt i po włożeniu odpowiedniej ilości energii, dochodzi do zagęszczenia pola w formę, stworzoną myślą. Muszę to jeszcze raz przeczytać. (OK. ten opis jest jak mapa Nowego Yorku w porównaniu z żywą wycieczką po mieście. Niestety mogę dostarczyć tylko mapę.) Czy byłbym w stanie to wcześniej zrozumieć? Forma z myśli i włożona energia tworzą masę. Zatem kto wkłada energię i jak? Energia pochodzi od Twórcy. I tu zaczyna się jazda! Każdy z nas może tworzyć i robi to codziennie, niezależnie czy jest tego świadomy czy nie. Kiedy tworzymy z poziomu poszerzonej świadomości, jest to bardzo łatwe i dlatego moje następne pytanie brzmiało : co jeśli na co dzień jesteśmy w świecie zagęszczonej wibracji? Szybka odpowiedź - uczucia! To jedyna droga pozyskania energii do tworzenia. Uczucia! To jest to, co jesteśmy w stanie wygenerować tutaj i one potrafią zasilić energią myśl, która sama w sobie jest tylko foremką. Teraz kiedy czytam, co napisałem, to tak naprawdę nic nowego, ale ... Nie chodziło o zrozumienie kreacji lecz o ekscytację związaną z samym poznawaniem i zrozumieniem. To było nieprawdopodobne!!! W pewnym momencie odczułem dziwne napięcie w okolicy podbrzusza. Hmmm??? Jakby parcie przy porodzie??? Dziwne. Uczucie bardzo przyjemne kojarzące się z tworzeniem. Miałem wrażenie, jakbym rodził samego siebie. Hmhmhm. Ciekawe?Za jakiś czas zobaczyłem, że Aldona przejęła rolę rodzącej, a ja się urodziłem. Nie potrafię tego opisać ani nawet opowiedzieć, to było tak wyzwalające, że nawet nie będę próbował tego nazwać. Uświadomiłem sobie pierwotne motywacje, związane z przyjściem na ten świat. To było genialne!(...) Po trzech poziomach (chyba były trzy) dostałem krótki wgląd w samo Źródło. Nie wiem, ile tam jeszcze było poziomów, ale to, co odczułem było tak potężne, pełne miłości i wszechwiedzy, a jednocześnie wiedziałem, że ja i Źródło to jedno. (...) Później zobaczyłem nieprawdopodobnie piękny świat i na środku jakby ekran w kinie, a na nim sceny z filmu Avatar. Muszę tutaj wyrazić moje uznanie dla twórców filmu, chociaż film nie oddaje nawet 10% tego, co widziałem. (...) Gdy usłyszałem dźwięk dzwonka, kończącego ceremonie i rozejrzałem się po sali, wszystko wydawało mi się ważne, tzn. piękne, idealne w swej boskości, doskonałe: moi przyjaciele, pieski, (szczególnie one, hahaha) przedmioty, powiew świeżego powietrza z okna. Trudno mi to wszystko ubrać w słowa, ale nigdy nie zapomnę tego wyjątkowego, praktycznie nie do opisania, uczucia jedności, którego wtedy zaznałem. To oczywiście trochę przygasło, ale niezupełnie, czasami dopada mnie taka ekstaza, że mógłbym wszystko uściskać, ludzi, drzewa, nawet korki na drodze. I przyszło mi do głowy takie motto, które musi być moim przeznaczeniem w tym życiu: JESTEM NAJWAŻNIEJSZY NA ŚWIECIE..., ALE W HARMONII Z WAŻNOŚCIĄ WSZYSTKIEGO, CO MNIE OTACZA. Mogę teraz żyć i pracować bez tego brzemienia rywalizacji, udowadniania na każdym kroku, że wygrałem..., z kimkolwiek, nie ważne, byle moje było na wierzchu. Czuje się z tego wyzwolony i to jest chyba największy mój sukces. ..... To była moje krótka relacja, naprawdę musiałem się ograniczać, żeby książki z tego nie zrobić. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że mam ścisły umysł (matematyczno-fizyczny) i w życiu nie napisałem niczego, co zawartością wychodziło poza jedną stronę. NIEPRAWDOPOBNE, że roślinny napój pozwala poszerzyć naszą percepcję o zmysły, które w codziennym życiu są już dawno odstawione na bocznicę. Łączy z wiedzą o wszystkim, dosłownie WSZYSTKIM, daje dostęp do informacji, zgromadzonej na całym świecie. EWA (aktorka) CEREMONIA - Nagle uświadamiam sobie, że to, czego szukam jest we mnie. Jestem źródłem, jestem jednością. Świadomość przenika całe ciało. Upostaciowana świadomość. (..) Padają kolejne słowa: umiar w myśli i działaniu, szacunek dla wszelkiego istnienia, wolność! Jej jedynym ograniczeniem jest wolność drugiej istoty. Każda istota zawiera w sobie, to samo, każda istota odczuwa podobnie, każdy jest źródłem wiedzy i energii. I każdy ma możliwość uświadomienia sobie tego. Zawierasz w sobie to, na czym skupiasz uwagę. Jeżeli jest to Wszechświat zawierasz go w sobie. I to, co dzieje się w Tobie, dzieje się we Wszechświecie. Każda myśl ma znaczenie, każde działanie ma znaczenie, bo wywołuje skutek w Całości. W tym momencie widzę, jak każdy ruch myśli jest jak fala rozchodząca się po Wszechświecie. W różnych jego punktach następuje jego odwzorowanie. Myśli człowieka stwarzają Wszechświat. Skupienie myśli na kimś lub na czymś kierują energię do celu. Opieka nie jest władzą, jest świadomością, że każda istota ma prawo do stwarzania siebie. Opieka to stworzenie warunków do rozwoju i spokojna obserwacja. Pomocy udziela tylko wtedy, gdy jest konieczna i gdy ktoś o nią prosi W pewnym momencie pojawiają się różne pojęcia: człowiek, Wszechświat, świadomość, jedność..., a potem się rozpadają. Pękają w przestrzeni, jedne po drugim. Dotykam pustki. Zmagania ze śmiercią: Wiedziałam, że pod wpływem ayi często doświadcza się opuszczenia ciała. Gdy o tym myślałam, czułam niepokój. Nie mogłam się temu poddać, coś we mnie krzyczało: NIE. Myślałam sobie; puść, poddaj się! Przypomniały mi się słowa Jarka, które wypowiedział na początku ceremonii: Lęk może być wskazówką. W pewnym momencie, po walce ze sobą, powiedziałam: OK! Nie to nie. Ja decyduję. I przestałam walczyć. I znów stałam się bezgranicznie świadoma. Nie wyobrażałam sobie, że człowiek może być tak świadomy. Zrozumiałam. Kod śmierci został przełamany. Przetransformowany w ciągłość istnienia. Zachowujemy pełną świadomość przejścia w kolejny proces, a stara forma przemienia się w nową. Chwilę później narodziłam się na nowo. URSZULA (terapeutyczna sesja z siostrą) Bywały różne okresy w moim życiu, ale cały czas przewijał się smutek i lęk, pomieszany z poczuciem beznadziejności. Nie siedziałam bezradnie, o nie (Silva, ribertingi, regresingi, esencje itp.), ale te działania były powierzchowne. Rdzeń pozostał bez zmian i to bolało coraz bardziej. Wpadałam w okropne depresje, chciałam odejść z tego życia, bo nie dawałam sobie rady. Moi najbliżsi nie mieli o tym pojęcia, a najlepsze na świecie koleżanki nie wiedziały, o czym mówię. Pozornie przecież niczego mi nie brakowało. Cały czas prosiłam o pomoc anioły i zdarzały się chwile wytchnienia, np. podróże z Aliną, moją siostrą. Z optymistycznym nastawieniem myślałam o ayahuasce, aż nadeszła wiekopomna chwila. Trochę to gorzkie, no, ale nie obrzydliwe. Potem "napuchły" mi ręce i zęby, ale szybko to minęło. W następnych sekundach zobaczyłam (poczułam), że jestem w kalejdoskopie. Bardzo subtelne odcienie niebieskie, zielone... Światło niezwykle, niby łagodne a bardzo przenikliwe. Wciągały mnie różne mozaiki. Zaczęłam się przypatrywać i zobaczyłam coś ruszającego się w kształcie mechanicznych ołówków. To były żywe organizmy z zupełnie z innego świata. Czuły, myślały, rozmawiały ze sobą i widziały mnie. Skręcały się, prostowały i cały czas "dziobały". Nie skończyłam myśli na ich temat, a już wiedziałam, że widzą we mnie jakiegoś śmiecia z kosmosu i rozłożą mnie na czynniki pierwsze. Za chwilę byłoby po mnie. Przerażające, zagłada w sekundę, chciało mi się krzyczeć. Uciekłam, czułam duży wysiłek i wewnętrzny sprzeciw. Na szczęście przemknęła obok Aldona, co mnie uspokoiło. Przyszła chwila wytchnienia. Stałam się zwierzątkiem na prerii i w gromadzie innych zwierzątek futerkowych wąchałam wiatr. Zobaczyłam ekran, a na nim małe, przesuwające się znaczki. Każdy z nich to odrębna historia mojego życia. Weszłam bezmyślnie w którąś z nich. Najpierw próbowałam określić czas i miejsce, oglądałam architekturę. - Byłam na poddaszu w jakimś zamku (zastanawiałam się, jaki to styl). Nagle zobaczyłam coś przerażającego, potwornego - eksperymenty na ludziach, zmiany kodów genetycznych. Nie chciałam w tym uczestniczyć i uciekłam. - Nie potrafię opisać bólu, strachu i przerażenia. Byłam zdruzgotana, nie chciałam już nic widzieć, przesuwałam znaczki najszybciej jak mogłam. Ból narastał kosmicznie. Aldona mnie uspokajała. Nie pamiętam, co mówiła, ale najważniejsze, że była, a obok niej Jarek. Następna porcja ayahuaski - jestem pewna, że najgorsze za mną. Zobaczyłam, jak ścigam się z Aliną na koniach. Znowu preria i zabawa, ale tak na całego. Kto zwycięży? - Była to ostatnia przyjemna wizja. Matryca z historiami przesuwała się w szaleńczym tempie, a ja cierpiałam coraz mocniej. Mdłości okropne. Doszłam do toalety, a tam nieprawdopodobne cierpienie. Ból istnienia! - Nie znajduję słów, by go opisać. Przerażająca samotność. Czułam, jak umieram, sama, bez bliskiej istoty obok mnie, bez szansy, aby cokolwiek zmienić w moim życiu, po prostu KONIEC. Ostatkiem sił wyszłam, a Jarek pomógł mi wrócić na miejsce. Poprzysięgłam sobie, że na pewno nie wezmę więcej ayahuaski. Boję się bólu, nie wytrzymam tego przerażającego uczucia wyrywania wnętrzności. Byłam wykończona, zdruzgotana i bardzo cierpiałam fizycznie. Całą noc męczyłam się potwornie! W kółko traciłam przytomność, aby na chwilę wrócić. Raz usłyszałam jak tykał zegar, pojedyncze nutki w jego muzyce albo jak dotknęła mnie siostra. Obie miałyśmy tę samą wizję: przyjeżdża pogotowie, dają mi tlen, ale już za późno. Zrobiło mi się jej żal - z czym ją zostawię? O mężu tylko tyle, że trochę pocierpi, a potem będzie szczęśliwy. Postanowiłam jednak żyć. Przeraziło mnie, że nic nie zmieniłam, a ten ból i moje przeżycia nie mogą zostać zmarnowane! Śmierć niczego nie zmieni na lepsze. To, co nierozwiązane, pozostanie. Dopóki żyję, mam szanse! Nad ranem poczułam się na tyle dobrze, że zdołałam się przekręcić na drugi bok i to było niebywałe osiągnięcie. Odganiałam wszelkie myśli. W pół-śnie zobaczyłam, że pomiędzy mną a siostrą dużo postaci się rusza, wstaje, chodzi. Tylko my jesteśmy przykryte białymi kocykami, bo cała reszta jest ciemna i szara, jak dym. Spoglądałam na zegar - czas stanął w miejscu. Tego pierwszego dnia przeżyłam coś nieprawdopodobnie okropnego, nie do opisania, nie do opowiedzenia. Byłam pewna, że już nigdy nie wezmę ayahuaski. Rano obie byłyśmy wymęczone, spowolnione, ale spokojne. U mnie ten spokój był porażający. Na ten moment moje życie wyglądało mniej więcej tak: nic nie zostało wymazane ani nie zostały zaszczepione żadne nowe wartości. Nie wykasowałam błędów, potknięć, niegodziwości..., ale one i tak nie miały już żadnego znaczenia! Doświadczyłam łaski przebaczenia! Miło płynął czas. Czułyśmy się z Aldoną i Jarkiem bardzo bezpiecznie. Doszłyśmy do wniosku, że jeszcze nikt w naszym dorosłym życiu tyle się nami nie zajmował, z taką uwagą i spokojem. Poczułam się jak dziecko, które może popełniać błędy, rozrabiać, głupio mówić... i co z tego? Totalna akceptacja. Tak powinni zachowywać się rodzice. Nie wiem, skąd ten optymizm, z głupoty, czy determinacji, ale już po porannym prysznicu zmieniłam zdanie; Nie uciekam! Biorę następną porcję. Miło mi było słyszeć, że już tak źle nie będzie, ale Jarek postawił twarde warunki - żadnego przesiadywania samotnie w łazience, zwracam i wychodzę. Zgadzam się. Strach jest jednak silniejszy i co chwilę otwieram oczy. Wymyśliłam sobie, że tak jest bezpieczniej. Z całych swoich sił staram się, by przyjmować wszystko spokojnie, a ból wszelaki minie. Co chwila atakuje mnie poczucie beznadziei: przecież to się nie uda. Chcę pogrążyć się w niebycie. Proszę o to Boga, Anioły i Mistrzów Duchowych. Poprzedniego dnia było mi tak strasznie, bo odczułam, że wszystko zależy ode mnie (co ma do tego Bóg?). Teraz jednak prosiłam o pomoc. Zobaczyłam, że moi Mistrzowie stoją i śmieją się ze mnie! - Sama tego chciałaś! Ból był dość mocny, lewa strona i trzustka były jak skopane, wątroba spokojna. Szybkie wymioty i powrót na swoje miejsce. Wstrząsały mną dreszcze i nie potrafiłam tego opanować. Czułam się jak w bagnie, nie potrafiłam wyjść na powierzchnię. W końcu, pomyślałam, dość tego! Ile można się męczyć? I z ogromnym wysiłkiem zaczęłam się wydostawać. Była ze mną Aldona, czułam jej ciepło. To dawało mi siłę i spokój. Zobaczyłam biały kryształ, jak powoli zaczął wychodzić z bagna, ze smoły. Co chwilę jakaś siła wciągała go w dół, ale na to nie pozwalałam - walka na śmierć i życie. Zdecydowałam - ja chcę żyć! Wtedy poczułam, że wychodzi ze mnie promień słońca. Zobaczyłam przyjaciół, nie wszystkich. Nastąpiła eksplozja radości i barw. Ujrzałam piękną kobietę, ubraną w długą, bajecznie kolorową suknię. Pięknie tańczyła, a ja z zaciekawieniem przyglądałam się. Ustały moje drgawki, chciało mi się spać! Przerwa. Zmusiłam się do wyjścia na zewnątrz. Był niesamowity, wielki i złoty księżyc, ale to mi było obojętne. Aldona i Jarek postanowili, że drugiego picia nie będzie. Byłyśmy z tego zadowolone, bo działanie ayahuaski było w nas bardzo mocne do rana (pełnia!). Aya odkryła jeszcze we mnie to, czego się nie spodziewałam - pokłady lęku i przerażenia. Aż dziw, że tak długo żyję. Co by było, gdybym wzięła ten środek sama, albo w innym miejscu? - Wiem, nie dałabym sobie rady, po prostu już by mnie nie było. Tylko bezwzględne zaufanie, Aldona i Jarek uratowali mnie przed załamaniem. PO CEREMONIACH Nie żałuję ani chwili z tego, co przeżyłam. Po ceremoniach przyszły niesamowite wrażenia - płynne przekraczanie granic, przestrzeni, ale to wszystko nieuchwytne, nierzeczywiste w tradycyjnym sposobie pojmowania czasu i wymiarów. Cały czas czułam ducha ayahuaski, to mnie uspokajało. W pierwszych dniach straciłam ochotę na rozmowy, zaczęłam unikać telefonów. Miałam spotkanie z moją siostrzenicą. Bardzo ją lubię. Wydawało mi się, że zachowuję się tak, jak zawsze, ale ona powiedziała - "Ciociu, ty jesteś jakaś inna, chyba cały czas jesteś w tej Holandii". Czułam się dobrze, ale musiałam wszystko robić wolniej niż zazwyczaj. Mam teraz inne nastawienie. Chce mi się żyć, tak po prostu. Nie ma pytania, a po co? Czy to dla mnie? Czuję, że nie jest za późno na marzenia. I z ciekawością się obserwuję. Są też smutne momenty, kiedy nie wiem, jak reagować na ludzką agresję... No i wszystko wskazuje na to, że od lat żyję w zakłamaniu. Prawdę mówiąc nie wiem, co robić, ogarnia mnie bezradność, ale ona nie jest tak tragiczna i beznadziejna jak przed ayahuaską. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie. Szukam drogi, aby lepiej poznać siebie, dotrzeć do swego wnętrza. Któregoś dnia poczułam, że powinnam założyć szpital "DOBREGO UMIERANIA", aby pomóc w odejściu z tego świata. Zdaję sobie sprawę z przeszkód finansowych, prawnych i kulturowych. ALINA (właścicielka firmy, siostra Urszuli) I w końcu nastał ten dzień, dzień ceremonii. Pijemy ziółka, kładę się i czekam. Nic się nie dzieje i jestem rozdrażniona: "czy to jest to?! Czy to warte tyle zachodu? - Ale za chwilę się zaczyna. Bardzo ładne wizje, trudno je opisać, są po prosu ładne i dość przyjemne, tylko - jak mi się zdaje - nic nie wnoszą. Mam różne odczucia w ciele, boli mnie trochę głowa, widzę ją obrazami. Aya delikatnie wprowadza mnie w swój, a może w mój świat. Od czasu do czasu odczuwam mdłości, bardzo lekkie. Myślę sobie, jest jeszcze drugie wzięcie no i drugi dzień. Może coś się zacznie! Od czasu do czasu zadaję moje pytania, ale bez odpowiedzi. Regularnie włącza się mój zmysł kontroli; Co z Ulą, czy jej się krzywda nie dzieje? - Wiem, że się męczy, ma okropne wizje. Aldona mówi, że to jej lęki. Przerwa, wstajemy, drugie picie. Ula jest zdecydowana wziąć i to mnie trochę uspokaja. Kładę się, od razu mam nieprzyjemne odczucia, obrazy z lat 70-tych i 80-tych. Są to głównie przedmioty, brzydkie, brudne, reprezentujące te właśnie lata. Czuję się okropnie, mdli mnie, w międzyczasie widzę, że z Ulą źle. Boję się, że trzeba będzie wezwać pogotowie... Zaczynam mieć wątpliwości, czy dobrze zrobiłyśmy. Brzydkie wizje, nieprzyjemne odczucia i coraz bardziej mi mdło. Czuję się źle. Widzę róże symbole, trudne do odczytania. Widzę muszlę z zepsutymi rybkami. Jest mi niedobrze! Wiem, że to molestowanie z dzieciństwa, którego nie pamiętałam. Wizja przechodzi szybko. Widzę się w roli małego chłopca, chyba czasy Atlantydy i jacyś ludzie programują mój mózg. Wizja szybko mija. Widzę, jak coś naprawiam. Jak jestem w łonie matki, ale nie umiem tego opisać. Potem poród (nie był ciężki, formalność). Obrazy bardzo szybko się zmieniają, a ja czuję się fatalnie. Muszę iść wymiotować, w drzwiach mijam się z Ulą. Ledwo stoi na nogach, wygląda okropnie, jestem przerażona. Wymiotuję bardzo intensywnie, ale odczuwam ulgę. Wracam, kładę się i od tego momentu, zaczynają się bardzo miłe doświadczenia. Kontroluję, co z Ulą - jestem spokojniejsza, choć wiem, że cierpi. - Staram się przekazać jej trochę tej miłości, której doświadczam, ale ona nic nie przyjmuje. Albo jest tak zamknięta albo każda z nas musi przejść przez to sama. Aldona cały czas mnie uspokaja i mówi, że mam się zająć najpierw sobą, jeśli mam pomóc Uli. Chcę poczuć, kim jestem. Widzę siebie jako ogromny słup energii. Ja - ta ziemska - w tym ciele jestem tylko bardzo malutką cząstką. Fajnie tak zagłębić się w siebie, poczuć tą siłę, miłość. Potem widzę/czuję jak wielką mam siłę tworzenia, właściwie mogę wszystko stworzyć. Tak niewiele potrzeba, tylko taka początkowa myśl, a potem dzieje się samo. I przechodzi to moje wyobrażenia, tak jakby to, co zapoczątkowałam, samo się dalej tworzyło, poza moją kontrolą. To jest niesamowite fantastyczne uczucie! Widzę też siebie z Ulą jako małe dziewczynki, jesteśmy radosne i pełne energii, potem zamieniamy się w kokardki. Ula jest pełna radości i energii - ta wizja dodaje mi otuchy, bo widzę jej prawdziwą naturę i to, że sobie poradzi. Widzę też siebie, jako "ostrą" kobietę, jestem dość seksownie ubrana i mam obcasy (w tym momencie się buntuję, bo nie lubię obcasów). Ale podoba mi się ta wizja. Czuję, że tak naprawdę jestem silną, samoświadomą, prawdziwą kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać i gdy trzeba, potrafi powiedzieć zdecydowane NIE. W codziennym życiu często mi tego brakowało. W końcu pokazuje mi się ona, Aya, przyjmuje różne postaci; jest fioletowym patyczkiem, a ja przyjmuję taki sam kształt. Ona jest bardzo wesoła i ma wielkie poczucie humoru. Dobrze się razem bawimy. Czuję do niej ogromną miłość. Odczuwam ją jako swoją przyjaciółkę. Myślę sobie, że to fajnie jest mieć nową, a może starą przyjaciółkę. Jest tam dużo ruchu, tańca, wirowania i takich jakby fajerwerków. Czuwa przy mnie Aldona, trzyma mnie za rękę, to jest bardzo miłe. Jarek zajmuje się Ulą, a ja swoim zwyczajem kontroluję, czy nie robi jej nic złego - Ale jest przecież o.k. Aldona przekazuje mi coś od roślinki, wtedy też pozwala mi dotknąć Ulę. Jestem bardzo spokojna. Cały czas się coś dzieje, piękne wizje, abstrakcyjne. Trudno to wszystko opisać i zapamiętać. Nawet nie wiem, czy byłam świadoma wszystkiego, co się działo w trakcie tego przekazu, choć jestem bardzo trzeźwa. (Przypis Aldony: Dla mnie było to jedno z najcudowniejszych przeżyć. - Przekaz miłości od Natury dla ludzi - z ważnym przesłaniem. Przenosząc na nasz język - jak zapis cyfrowy na twardym dysku, do rozszyfrowania w stosownym czasie. Korowód symboli i uczuć. Potężna Wiedza, o której wiem jedynie, że została we mnie "zapisana". W świecie ducha to coś, jak na Ziemi dostęp do Internetu. Cokolwiek potrzebuję wiedzieć z tej dziedziny, nagle wiem. Dorastając do kolejnych szczebli, odnajduję w sobie wielką mądrość. To samo dzieje się z Aliną.) DZIEŃ DRUGI, PEŁNIA Boje się, że Ula się wycofa, ale - na szczęście - wypiła. Martwię się o nią, ale w końcu się uspokajam, bo mamy dobrą opiekę. Jarek i Aldona cały czas byli i są z nami. Chyba dałyśmy im popalić! Widzę siebie jako białą księżniczkę, ulegam jakby przemianie, mam w ręku miecz, który zmienia się w miecz światła. Znowu przywołuję swoją duszę, pojawia się jako słup, a potem zmienia się w coś jak tubę z dużymi łapami i rękoma, wygłupiamy się. Ona bierze mnie za rękę i idziemy na lody. Też jest bardzo wesoła (ta moja dusza). Pojawia się Aya, najpierw jako duszek, a potem zamieniamy się w małe dziewczynki, biegamy na bosaka po deszczu, tańczymy w tych moich zwariowanych wizjach, pływamy, jedna wielka zabawa. Jest fantastycznie. No i po dużej porcji zabawy Aya zaczyna mi dawać lekcje. Pokazuje mi, że np. jestem pracoholiczką, nie potrafię usiedzieć nic nie robiąc. - Prawdę mówiąc nie zdawałam sobie z tego sprawy! Pokazała mi żółty fotel ogrodowy, który niedawno kupiłam i nie miałam okazji w nim posiedzieć. (Teraz, gdy na niego patrzę, przypomina mi się ta lekcja.) Aya pokazuje mi też różne inne rzeczy... Najtrudniejszą jest lekcja odpuszczenia mojej przesadnej kontroli. Pokazuje mi się szare serce przejrzysto-filcowe z bezładnie rozrzuconymi patyczkami w środku. Zmusza mnie do nic nie robienia, ponieważ nie umiem. To mnie "przydusza", unieruchamia moje ciało, nie mogę nic zrobić, nawet chyba myśleć. Wydaje mi się, że tego nie wytrzymam. Chyba jednak odpuszczam, bo nagle patyczki zaczynają się same układać, jest to zsynchronizowane z tym, jak Jarek uderza w jakieś delikatne dzwoneczki. Dzwoneczek i patyczek wchodzi na swoje miejsce, niesamowite. Jakie to wszystko proste. Zrozumiałam! Zadawałam Ayahuasce pytania. Wprost. Na niektóre odpowiadała mi od razu, patrząc mi w oczy, a na niektóre (były dla mnie kluczowe, jak: "co mam robić?" lub "co jest moim największym talentem"?) odwracała się i udawała, że nie słyszy. Może chciała mi coś przekazać przez obrazy lub dotyk, ale to można interpretować jak się chce. Oczywiście! W międzyczasie staram się kontrolować czas, bo przecież musimy wziąć drugą dawkę, a jutro wyjeżdżamy. Aż w końcu myślę sobie, że przecież to nie ja jestem mistrzem ceremonii i nie moja rola tego pilnować. Nie na darmo ta lekcja odpuszczenia kontroli! Opuszczam więc. W końcu Jarek nas "budzi". Wydaje mi się, że jestem gotowa na drugą porcję. Wstaję siadam, czuję się dobrze i trzeźwo, rozmawiamy. Ula zaczyna opowiadać o swoich przeżyciach, a ja nagle odpływam... Ledwie łapię, co ona opowiada. Tak się jeszcze nigdy nie czułam, ledwie siedzę. Każą mi się położyć, co przyjmuję z ulgą. Czuję lekkie mdłości. My z Ulą leżymy, a Aldona z Jarkiem są blisko nas, mówią coś, wszystko do mnie dociera, ale nie mam sił się odezwać. Mija trochę czasu. Po godzinie czuję się tak samo, nawet mi się nie chce mówić. Zbieram się jednak w sobie i idę do toalety. Boję się, że jak nie weźmiemy drugiej porcji, to zaprzepaścimy szansę. Wychodzę na zewnątrz, jest niesamowity księżyc, a ja ciągle w tym samym stanie. - Aldona mnie uspokaja, że nie musimy już brać - przez pełnię będzie nas trzymać do rana. I tak chyba nie byłabym w stanie. Nie da się opisać wszystkiego, co mi się jeszcze przytrafiło. -------------------------------------------- Dzień powrotu: droga mija spokojnie. To niesamowite, ale w ogóle nie czujemy zmęczenia. No i jesteśmy takie spokojne. Nic nas nie rusza. Całkiem inaczej odbieramy ludzi, no i chichramy się cały czas. Ula jest inna, taka radosna i psotna. W następnych dniach jesteśmy tak samo spokojne. Na spacerach ruszamy się jak muchy w smole, a przecież zawsze tak szybko chodzimy. Śpimy jak zabite po 10 godzin, co mi się nigdy nie zdarzało. Zdaję sobie sprawę, że Aya cały czas działa, dziękuję jej i uśmiecham się do niej, czuję jej bliskość i bardzo mi z tym dobrze. Trudno to opisać, ale odczuwamy z Ulą to samo. Weszłyśmy do supermarketu i jakbyśmy wylądowały tam z innej planety. - W mieście zauważam, że znów jestem jak na haju. Inaczej odbieram nawet domy, są takie same, ale ja jakoś inaczej je postrzegam. Chyba musze się jeszcze oszczędzać. Niespodziewanie pojawia się u mnie osoba, która mnie molestowała w dzieciństwie (normalnie nie utrzymuję z nią kontaktów). Nie poczułam do niej niechęci, ale ona tak dziwnie podaje rękę, jak ryba. A gdy przez chwilę rozmawiamy same, dopadają mnie lekkie mdłości. Niechęci jednak nie czuję. W samotności siadam na tarasie, piję herbatę, leniuchuję i jest mi dobrze. Wiem, że to działa Ayahuasca. Ciągle jestem nieporównanie spokojniejsza. W pracy - pomimo spokoju - przybywa mi sił. Nie jestem już tak spowolniona, ale na ludzi, którzy mnie wkurzają, patrzę z dystansem. Jeden z moich kolegów zauważa, że jestem jakaś inna, podejrzewa mnie o romans. Nie komentuję, bo poniekąd ma rację. Chodzę wyprostowana i czuję się silniejsza, pewniejsza siebie, mam ochotę zadbać o siebie bardziej od tej strony kobiecej. Chyba też inaczej patrzę na mężczyzn. Zauważyłam, że dawne, nieprzyjemne zdarzenia, szczególnie te związane z mężczyznami, jakby wyblakły, pod względem mojego ich odczuwania. Przeszło mi podświadome poczucie niespełnienia. Na pewno mam teraz cieszyć się życiem, znajdować przyjemność we wszystkim, co robię, więcej się wygłupiać i traktować życie jak zabawę, tak jak z Ayą. Na pewno muszę odpuścić kontrolę i tą chęć nieustannego działania, coś robienia. Nie jest to do końca takie proste, ale przynajmniej już zdaję sobie z tego sprawę. Przyznam, że jest różnie. Czasami czuję się bardzo dobrze, jestem pełna optymizmu, ale czasem czuję taki okropny niepokój, nawet większy niż przed ceremoniami. - To strach przed nowym, przed tym tworzeniem i odpowiedzialnością za siebie, gdy życie jest już całkowicie w moich rękach. Przeczytałam książkę Aldony (o piramidach Yantra), bardzo mi się podobała i przekonała do kupna piramidy. Jeszcze raz za wszystko dziękuję w imieniu swoim i Uli. I jeszcze raz deklaruję swoje zaangażowanie w zalegalizowanie ayahuaski w Polsce. Pomimo, że dała nam popalić. Jestem Jej i Wam wdzięczna, za to co przeżyłam. Jeszcze raz za wszystko, dziękuję Jej i Wam. RELACJE ZEBRANE Z INTERNETU "..."Po publikacji książki o El Dorado zaczęły do mnie dość szerokim strumieniem docierać reakcje, w tym refleksje ludzi, którzy z ayahuaską obcują od lat. Potwierdzają oni, to, o czym piszę - w czasie seansów picia ayahuaski pojawiają się bardzo sugestywne wizje złotych miast, lśniących budowli oplecionych iskrzącymi się, złotymi girlandami, otoczkami. Teraz osoby te stwierdzają, że same się dziwią, iż do tej pory owych halucynacji nie wiązały z mitem o El Dorado. (...) Nie sądzę, żeby była to podświadomość - myślę, że halucynacja typu El Dorado jest osadzona znacznie głębiej, w warstwie bardziej pierwotnej. Podświadomość wiązać należy z doświadczeniami osobniczymi, tu natomiast chyba docieramy do podświadomości kolektywnej, ponieważ jest to miraż występujący powszechnie. (...) Dlaczego przez 500 lat El Dorado nie odnaleziono? Bo szukano go w całkiem niewłaściwym miejscu - na zewnątrz, tymczasem ono jest wewnątrz, w środku, w przestrzeni psychicznej. W przestrzeni, która skrywa jeszcze niejedną niespodziankę, która jest wszechświatem, jaki musimy na nowo odkryć i podjąć jego systematyczną eksplorację. -Roman Warszewski w wywiadzie nalazlem El Dorado "..."Obserwowałem jak cała moja wiedza, wszystkie moje poglądy, opinie rozpuszczają się, rozdzierają, znikają. widziałem coś we mnie. Było pozbawione kształtu, jednak wiedziałem, że kontroluje moje ciało, moje myśli, bicie serca wszystko. Widziałem, że bez tej iskry byłbym martwy, byłbym tylko ciałem, kawałkiem materii.(...) Ta roślina uleczyła moją DUSZĘ, moje serce, odpowiedziała na moje pytania, otworzyła mi oczy na pewne rzeczy. (...) Zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy manifestacjami jednej i tej samej świadomości (...)Szczęście, które mi towarzyszyło jest NIEMOŻLIWE do opisania za pomocą języka. (...) Razem ze światłem, które padało na mnie i wypełniało moje ciało przyszła WIEDZA. Coś znacznie ponad moją inteligencję. Mój umysł stał się całkowicie czysty. Wiedziałem, że nawiązała się jakaś forma telepatycznego kontaktu, więc zacząłem zadawać pytania w formie intencji. Dostałem odpowiedzi na wszystkie, kim jestem, kim wszyscy jesteśmy. Odkryłem ukrytą prawdę o nas samych. (...) Wiedza, którą przede mną odkryto, to czysta Miłość. Stałem się Światłem. Po prostu. Czułem, że jestem częścią wszechświata, czułem, że ta iskra, którą nazywamy DUSZĄ jest częścią tej samej świadomości, co dusze ludzi leżących obok mnie, ptaków, roślin, wszystkiego(...) byliśmy JEDNYM. (...) ...istnieją tylko dwa rodzaje energii... Miłość i Strach, Ying Yang, Dobro i Zło, bez znaczenia. Jakkolwiek chciałbyś to nazwać, musimy być różni, by poczuć różnicę. Nie moglibyśmy doświadczyć ani jednego ani drugiego, gdybyśmy nie mogli ich do siebie przyrównać. +/- itd. To po prostu niemożliwe do opowiedzenia. Tak jak podejrzewałem, wszystko, co tu napisałem nie jest w stanie odzwierciedlić tego, co działo się naprawdę. Teraz widzę, że niektórzy ludzie naprawdę chcą ukryć tą wiedzę, przez kwestionowanie tej rośliny, nazywanie jej NARKOTYKIEM, ZŁEM itd. Wiem jednak, DLACZEGO. To proste, stałbyś się mądrzejszy, widziałbyś rzeczy, które niektórzy ludzie wolą trzymać w ukryciu..."" - Mariusz Pianka, - ayahuasca.ec/ "..."Mam (po ceremonii) swój własny punkt odniesienia, takiego mojego boga, bogiem jest miłość, to ona jest dla mnie najwyższym priorytetem, wyznaczeniem linii życia. Miłość i przyjaźń...." - Z wypowiedzi internautów, zebranych przez Macieja Lorenza, Zródlo TARAKA Antropolog Jeremy Narby: "..."Zatopiły mnie głęboki halucynacje. Nagle znalazłem się pomiędzy dwoma gigantycznymi, piętnastometrowymi, jak mi się zdawało, boa-dusicielami. Byłem przerażony. Te olbrzymie węże są tutaj, oczy mam zamknięte, a widzę oszałamiający świat błyszczących świateł i pośród zmąconych myśli węże poczynają przemawiać do mnie bez słow. Tłumaczą mi, że jestem tylko ludzką istotą (...) Dostrzegam bezdenną arogancję moich codziennych przekonań (...) Przez większość czasu wydaje mi się, że wszystko rozumiem, tutaj zaś znalazłem się w potężniejszej rzeczywistości, której nie rozumiem w ogóle i nie podejrzewałem nawet jej istnienia. Zbiera mi się na płacz w obliczu wielkości tego objawienia (...) Lecę w powietrzu, tysiąc metrów nad ziemią, patrzę w dół i widzę planetę całkiem białą. (...) Widzę zielony liść z jego żyłkowaniem, a potem ludzką dłoń z jej żyłami. Przesłanie jest jasne: jesteśmy zbudowani z tego samego tworzywa, co świat roślinny. (...) W dzień po sesji ayahuasca czułem się jak nowonarodzony, zjednoczony z naturą, dumny z bycia człowiekiem przynależnym do nieobjętej sieci życia...."" - Maciej Kuczynski, "Szamani i DNA", Nieznany Swiat2/2000 "...Kajałem się, wiedziałem jakim durniem byłem podchodząc do tego jak do rzeczy, narkotyku, narzędzia, głupio niepokorny. To już była pierwsza lekcja. Zauważyłem jakim idiotą jestem i mimo ciągłego dążenia do szczerości i prób wyrzucenia kłamstwa poza nawias, ciągle układam nowe kłamstwa sądząc, że są prawdą. Kretyńska osobowość, od której należy się uwolnić. (...)) Nie wiem jak wyjaśnić to, co się zdarzyło dalej, spekuluję, że przyjąłem nagle osobowości całego świata, każdego ułamka rzeczywistości, każdej osoby i rzeczy, ale to tylko pomysł. Grunt w tym że byłem wszystkim naraz, każdym, zawsze i wszędzie, wszystko było mną, ja byłem wszystkim naraz, jest Bóg, byłem bogiem a on była mną, ale on był wszystkim i wszystko było nim i mną naraz, absolutnie wszystko, co można sobie wyobrazić i czego nie można, było jednocześnie przez następne cztery godziny (chyba jest cały czas), mogłem wszystko i wiedziałem wszystko naraz.(...) Potem przestałem nad sobą panować, wiłem się w konwulsjach i rozmawiałem z Rafałem. Żałuję, że nikt nie nagrał tego, co mówiliśmy (...) O trzeciej zwymiotowałem wreszcie niestrawione resztki ayahuasci. Odzyskałem kontrolę punktualnie o czwartej, nagle. Jeszcze przez godzinę gadałem z R. o naszym życiu, o studiach, jak głupio wpadliśmy w dragi i że trzeba to bezwzględnie usunąć, że trzeba rzucić palenie, że trzeba odpocząć od myślenia, zacząć robić coś zwykłego, całkiem normalnego, tam skierować nieuziemiony potencjał, że nie ma sensu się dalej porywać, trzeba zostawić w spokoju ambicje, że to za daleko zaszło. (...) Byłem wszystkim i wszystko było wszystkim - chciałem tego zanim odbyłem podróż, już od kilku miesięcy miałem ten pomysł, żeby rozpłynąć się w rzeczywistości, we wszystkim, zespolić, ayahuasca dała mi to i więcej.....wszystko chyba..."" - P_E, niewyjasnione.Pl "..."Poczułem piękno wpisane w najgłębszą naturę Wszechświata i zobaczyłem w nim odcisk dłoni Stwórcy i jego nieskończonej miłości. Miłość przepełniała i rozrywała mnie od środka. Odkryłem, że miłość duchowa nie pochodzi od nas, że kochając innych obdarzamy ich miłością Boską i że możemy przez to faktycznie pokochać cały świat, gdyż miłość ta jest nieskończona. Zrozumiałem, że żyjemy po to, by poznać jak najlepiej Boga, że żyjemy pośród jego dzieł, z których każde jest osobnym cudem a mimo to śmiemy kwestionować Jego istnienie. Nie czułem siebie jako osoby. Nie czułem istnienia śmierci (...) zyskałem niesłychaną intuicję. Kilkakrotnie odpowiedziałem na pytania (szczegółowe, nie ogólne), zanim mi je jeszcze zadano, bo "wyczytałem je" w oczach rozmówcy. Resztę nocy spędziłem z przyjaciółmi rozmawiając, słuchając (miałem wrażenie, że pierwszy raz w życiu tak na prawdę słucham ludzi) i bawiąc się. Smak nowego życia był piękny. To był smak nigdy niegasnącej Nadziei i celu istnienia. - Z wypowiedzi internautów, zebranych przez Macieja Lorenza, Zródlo TARAKA "Rytuał aya jest zbliżony do "wybuchu beczki prochu skrzyżowanego z wizjami barokowego malarstwa i morza elektrycznych spięć". - Harwardzki etnobotanik, Wade Davis, w ksiazce One River DOŚWIADCZENIA UMIERANIA czyli PRZEBUDZENIE DO ŻYCIA DUCHOWEGO - ayahuasca i piramidy ABY NAPRAWDĘ PRZEBUDZIĆ SIĘ DO ŻYCIA DUCHOWEGO, TRZEBA NAJPIERW DOŚWIADCZYć UMIERANIA. "Umieranie" jest częstym tematem wizji po ayahuasce. (...czytaj więcej)
|
Witam gorąco miłośników Ayahuaski; szamanów z powołania, głodne duchy i tropicieli prawdy!
Aldona Mironski
Pytania i kontakt Mój pierwszy raz Moja misja Moje ceremonie O mnie Aktualności Kalendarz ceremonialny Jestem też, niestety, zmuszona uprzedzić, że strona ma charakter prywatny, informacyjny i edukacyjny. Nie ponoszę odpowiedzialności za niewłaściwe wykorzystanie zamieszczonych tu treści. Żaden z prezentowanych przeze mnie tekstów nie może być interpretowany jako zalecenie bądź zachęta do konsumpcji zabronionych w Polsce roślin. |