Aldona Mironski
DUCHOWOŚĆ ROZKOSZY - CZYLI WARIACJE NA TEMAT II CZAKRY
POWRÓT                                          LINKI GŁÓWNE                                             DRUKUJ




Nieznany Świat sierpień 2006



                                   Tłumić albo nie tłumić? Oto jest pytanie!

Sumerowie z wielkim szacunkiem traktowali dzieci pozamałżeńskie, ponieważ spłodzone z wielkiej miłości i namiętności, automatycznie miały być ludźmi "lepszej kategorii".
W Egipcie mawiano "święta to była kobieta, miała wielu mężczyzn".
Chrześcijanie dla odmiany skazywali bezpruderyjne niewiasty na wieczną kąpiel w gorącej smole po uprzedniej męczeńskiej śmierci na stosie...
I bądź tu człowieku mądry!

Przez tysiąclecia przetestowaliśmy już tyle prądów duchowych, że trudno uwierzyć, aby tak sprzeczne sposoby pojmowania życia mogły funkcjonować pod jednym niebem.
Bogowie muszą być szaleni.



...Po drugiej stronie dobra i zła, tam, gdzie objawia się Prawda Absolutna, okazuje się, że....
 w sprawach życia ziemskiego po prostu nie ma żadnej prawdy absolutnej. Tutaj każdy posiada świat, jaki sobie stworzył i obowiązuje go zawsze to, w co sam zechciał kiedyś głęboko uwierzyć.
Kolor skóry, epoka, środowisko, wiara..., a na koniec sąsiedzi sprawiają, że kodujemy w podświadomości wewnętrzny kodeks etyczny pełen zakazów, nakazów oraz kar - na wypadek ich złamania.
Kodeks ów bezlitośnie konfrontowany jest z uniwersalnym prawem kosmicznym, które niezależnie od głoszonej "prawdy" dotyczy nas wszystkich zawsze i wszędzie, a gdy obrana filozofia znajdzie się z nim w konflikcie, pojawia się wielkie cierpienie.
Tak właśnie dzieje się teraz!

W cywilizowanym świecie trzeciego tysiąclecia szpitale psychiatryczne pękają w szwach od ludzi z oznakami psychozy na tle religijnym, a tzw. zdrowi objawiają dewiacje i perwersje, z których sama tylko pedofilia dawno już przekroczyła granice marginesu.
Wszystko wskazuje na to, że jako gatunek, który kaleczy swoje potomstwo i siebie nawzajem,  kwalifikujemy się do kasacji - jak dinozaury.
Pozostaje więc zapytać, czy coś jest nie tak z dziełem boskiego tworzenia czy może nasz system wartości sprzeczny jest z ogólnym Wielkim Porządkiem? 

...W czasach przedchrześcijańskich popędem seksualnym władał wszystkopłodzący bóg Natury - Pan, wyobrażany pod postacią białego kozła z uśmiechem starego satyra.
Wszystkie ludzkie wymysły jak śluby, przysięgi, intercyzy... wprawiały go jedynie w nastrój pełen pobłażliwego humoru.
Doskonale świadom swej potęgi i wypieranych przez nas tęsknot nie miał najmniejszego zamiaru respektować ustanowionych przez nas różnic społecznych czy wiekowych, rodowych waśni, przekonań, upodobań, woli, a nawet - jak pokazuje historia - habitu czy szat papieskich.

Z tego powodu starożytni Grecy postrzegali go jako psotnego Amorka, który im więcej nabroił, tym większą czerpał z tego radość, jednak bóg Natury wcale nie stroił sobie żartów.
Z cierpliwością wielkodusznego nauczyciela konsekwentnie skłaniał nas do wyboru ścieżki radości, gdyż dzieło tworzenia (płodzenia) i tak musiało być dokonane - w służbie Najwyższego.

Z chwilą, gdy siły Natury stały się mocami piekielnymi, a Pan został zdegradowany do roli diabła, zaczęliśmy stawiać mu opór, odrzuciliśmy prawdę o naszej ziemskiej naturze i praktycznie oddaliliśmy się od Stwórcy.


Yogini - wolni od wszelkich dogmatów odwieczni znawcy praw kosmicznych twierdzą, że za żądzę (gorące, wielkie, niepohamowane pragnienie, silny pociąg fizyczny; pożądanie mylone często z prawdziwą miłościąi popęd odpowiedzialna jest druga czakra -Svadisthana.
Jest ona źródłem tej samej TWÓRCZEJ MOCY,  jakiej użył biblijny Bóg lepiąc Adama i Ewę.
Ponieważ uczynił to na obraz i podobieństwo swoje, dał nam do owej siły swobodny dostęp, dzięki czemu powiesiliśmy w oknach jaskini firanki i zaczęliśmy podawać mamuta na saskiej porcelanie.
Gdy osiągniemy mistrzostwo, będziemy mogli świadomie kształtować rzeczywistość i przejmiemy całkowitą odpowiedzialność za własny los.

Czakra twórczej mocy  znajduje się w okolicy łona i steruje funkcją jajników oraz jąder. To znaczy, że ma bezpośredni wpływ na nasze rozmnażanie i PŁODNOŚĆ w każdym tego słowa znaczeniu. Pozwala bowiem spłodzić to, czego do tej pory świat jeszcze nie widział: nowego człowieka albo dzieło malarstwa, muzyki, literatury...
Popęd i twórczość idą zatem w parze, dlatego jasne jest, że każdy wielki artysta (płodny człowiek) musi mieć swoją muzę.
Inaczej akt tworzenia staje się sztuką dla sztuki lub jest wyrażaniem siebie w ramach już istniejących kierunków i stylów.

Aby powstało coś prawdziwie unikalnego i pożytecznego dla ludzkości, potrzebna jest - prócz mocy - inspiracja, głębokie natchnienie, poczucie doskonałości, fascynacja, ufność, zatracenie, iskra oraz miłość, która ogarnia i przenika bez przymusów, pitów lub rachunków.
Wszystko to, podobnie jak nieznane dotąd zdolności - potrafi obudzić w artyście jego muza, której bez silnego pożądania pewnie nigdy by nie dostrzegł.
(Na marginesie muszę dodać, że jako aktywni twórcy samych siebie i swoich prywatnych światów wszyscy jesteśmy artystami.)

dusia Svadisthana związana jest z elementem wody (która ostatnio obficie nas zalewa w postaci kataklizmów, powodzi, fal tsunami....).
Zawiaduje zmysłem  smaku i odpowiada za sprawne funkcjonowanie dłoni, ramion i stawów barkowych.
Dzięki nim możemy malować, rzeźbić, pisać..., chwytać obiekty naszych pragnień i naturalnie także jeść.

Jednocześnie siła ta pozwala w pełni rozkoszować się  smakiem, zapachem, dotykiem, muzyką, barwą i formą, samym procesem tworzenia, seksem... czym kto lubi najbardziej od grzebania patykiem w błocie po słuchanie najpiękniejszych arii operowych (zależy od głębi uczuć).
Osoby z prawidłowo działającą Svadisthaną 
zazwyczaj promieniują żywotnością i zachwytem, są pełne entuzjazmu, samoakceptacji, optymistyczne, otwarte, życzliwe, bardzo twórcze i posiadają uregulowane życie seksualne. Z reguły mają też mocne ręce oraz wyostrzony smak, a życie ich jest na ogół rozkoszne i smaczne.

Ci, którzy w obecnej inkarnacji dopiero pracują nad rozwojem tego obszaru świadomości zachowują się, jakby treścią ich bytu były wyłącznie pragnienia, więc uganiają się za ich zaspokojeniem niemal bez przerwy. Wyraźnie dopiero się uczą, jak czerpać rozkosz z tego, co już zdobyte.

Pozytywne wibracje drugiej czakry najskuteczniej rujnuje POCZUCIE WINY i LĘK, a zakłócenia sygnalizują niesprawne dłonie, artretyzm, reumatyzm, choroby organów rozrodczych, kłopoty z menstruacją, nadmierny popęd lub kompletna oziębłość, impotencja, anoreksja i osłabiony smak lub obżarstwo, bóle głowy, migrena, agresja, depresja i poczucie bezsensu... Typowe bywają problemy z krwią, limfą, nerkami bądź pęcherzem (element wody).

Ludzie z niesprawną drugą czakrą są "wiecznie" sfrustrowani, ponurzy, pesymistyczni, oziębli i stłumieni, pozbawieni ciepła, nieczuli, bezduszni, a niekiedy bardzo nieśmiali, zalęknieni, pełni zahamowań, z niską samooceną. Niejednokrotnie objawiają perwersje, agresje i uciekają od samych siebie w alkoholizm, pracoholizm i wszelkie możliwe nałogi.

Czakrę Svadisthanę, podobnie jak podlegające jej ciało astralne (uczuciowe) rozwijamy intensywnie w latach 7-14, kiedy to mózg wysyła na jawie fale alfa.
Utrzymuje nas to w stanie lekkiego transu znanego doskonale wszystkim twórcom w trakcie pracy, dlatego jako dzieci jesteśmy bardzo kreatywni.
W wieku 7 lat zazwyczaj już wiemy, jak przetrwać, więc chcemy od życia czegoś więcej - czegoś, co sprawi nam frajdę przepełniając ciało i duszę błogą rozkoszą.
W drodze do spełnienia kodujemy zatem raz na zawsze, co na tym świecie trzeba zrobić, aby zamiast kaszki dostać czekoladkę. Czy żeby głaskać własnego pieska należy specjalnie zasłużyć, czy wystarczy chcieć? Jak długo trzeba się uczyć, aby dostać rower? Co grozi za trzymanie rąk pod kołderką? Czy to, co piękne znajduje się niezmiennie poza zasięgiem czy pojawi się w cudowny sposób np. pod choinką?

piramidy horusa W naszej kulturze dzieci muszą dodatkowo powstrzymywać się od hałasów, przesadnej radości, egoizmu (czyli dążenia do zaspokajania potrzeb)... i w ogóle od wszystkiego, co prowadzi do dziwacznie zdefiniowanego zła.
Bywa, że szczegółowo spowiadają się z grzesznych myśli napełniając serce poczuciem winy i wstydu, obciążane są informacjami o WINIE za grzech pierworodny i w ogóle o winie, o świętości wynikającej z wyrzeczenia się seksu, o doskonałości tych, którzy przedkładają dobro bliźniego ponad własne poczucie szczęścia i o konieczności zdobywania nudnej wiedzy, wiedzy i jeszcze raz wiedzy.
Generalnie wszelką rozkosz życia winny odłożyć na po życiu, bo im więcej się człowiek teraz umartwi, tym ma być dla niego lepiej.

I tak - w zależności od zgromadzonych doświadczeń - wraz z osiągnięciem dojrzałości płciowej, ok. 14-go roku życia klamka zapada i Swadisthana wibruje z ustaloną częstotliwością, a wewnętrzny kodeks wzbogacony jest o całe mnóstwo, najczęściej bezsensownych paragrafów.  Z racji tej, że programowanie ich odbywało się na falach hipnotycznych, jakie mózg dziecka generuje samoistnie, dorosły człowiek podświadomie na zawsze już wie, na ile może sobie pozwolić! Czy lepszy dla niego wróbel w garści czy warto sięgnąć po gołębia z dachu, czy dążenie do rozkoszy oznaczać będzie kołowrotek znanych z dzieciństwa rozczarowań, upokorzeń, wyrzeczeń i żalu, czy w pełni wyzwoloną radość wynikającą ze spełnienia.
Niezawodnym sprawdzianem funkcjonowania drugiej czakry jest moment, gdy pojawia się u nastolatka (czasem później) pierwsza niepohamowana żądza jak zakazany owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego. Wówczas to bez względu na to, czy towarzyszy jej autentyczna miłość czy nie, w każdym jednym przypadku ma miejsce małe WTAJEMNICZENIE.
Bez 30-tu lat w Tybecie, bez znajomości sztuki afirmacji, bez żmudnych ćwiczeń koncentracji u najlepszych mistrzów i bez wysiłku woli człowiek zdolny jest nagle, praktycznie 24 godziny na dobę, utrzymać przed oczyma duszy jeden jedyny obraz celu i jedną myśl, wspartą płomiennym uczuciem!!!
W ten sposób z wielką łatwością przenika do królestwa magii: świat zewnętrzny dosłownie rozpływa mu się w nierealności, staje się bezbarwny, nieważny, mały i żaden, tylko obiekt westchnień JEST rzeczywisty, nieodparcie nęcący, kolorowy i wart skupienia.
Jak długo trwa żądza, tak długo owładnięty znajduje się w zmienionym stanie świadomości, śni na jawie, budzi się i zasypia, a nawet głęboko śpiąc myśli wyłącznie o obiekcie swoich pragnień.
Niczym szalony wynalazca lub zwariowany artysta, który tworzy dzieło życia, staje się wręcz opętany jedną myślą i gdyby tylko umiał prawidłowo pokierować płynącą obficie twórczą mocą, osiągnąłby wszystko, na co tylko zdolny jest pozwolić sobie!
I tu właśnie jest pies pogrzebany!
Raz uruchomiona MOC, odpowiedzialna za to, by słowo stało się ciałem, jednakowo urzeczywistnia najskrytsze tęsknoty, jak i zagrzebane w mrokach podświadomości czarne wizje i lęki. Rezultat zależy od tego, czego jest więcej. Jeśli istnieją w duszy wzorce zapomnianych, traumatycznych przeżyć, rozczarowań, odepchniętego bólu lub okrutnych kar, twórcza moc staje się przekleństwem.

Kto wie, czy nie dlatego przez jakiś czas potrzebna była ludzkości surowa religia, lecz zabrakło nam, niestety, doświadczonych mistrzów i przewodników!
Zamiast ćwiczyć higienę umysłu oraz umiejętność korzystania z wewnętrznych możliwości, przez stulecia usilnie próbowaliśmy tłumić własną seksualność, odrzucać popęd, niszczyć uczucia, stawiać opór i walczyć z "podszeptami diabła".
Tymczasem siła nieczysta będąca w istocie częścią nas samych - strącona w strefę cienia, pozbawiona kontroli, ściśnięta i zdeformowana rosła, rosła... aż przerosła niektórych właścicieli, zalewając ich chorą już żądzą wszystkiego, co równie okrutne, jak tysiącletnia konieczność tłumienia najgorętszych pragnień.



DUCHOWOŚĆ ROZKOSZY 2
CZYLI NIC CO LUDZKIE NIE JEST NAM OBCE



Nieznany Świat sierpień - wrzesień 2006

Anthony de Mello twierdził, że pragnienie to energia. Im więcej mamy energii tym lepiej i wszelka próba tłumienia jej grozi bezsensowną utratą sił. Odrzucenie przedmiotu pożądania sprawia jedynie, że na poziomie podświadomym wiążemy się z nim jeszcze mocniej.
Dlatego żyjący w celibacie duchowny po latach myśli wyłącznie o seksie, podczas gdy prostytutka - o Bogu.
Podobne zdanie wyraża wielu mistyków; żądzy nie wolno tłumić, lecz nim zaczniemy ślepo ją zaspokajać, winniśmy przede wszystkim ZROZUMIEĆ!
Ale kto by słuchał nawiedzonych myślicieli! Zdanie pojedynczego autorytetu to głos wołającego na pustyni, a każda nowatoska myśl - to herezja.

Do zmiany postępowania skłoniła nas dopiero współczesna psychiatria (co nauka, to nauka) odkrywając, że tłumienie popędów prowadzi m.in. do nerwicy. Odreagowanie związanego z nimi stresu korzystne jest dla zdrowia psychicznego i fizycznego.
Bezmyślnie zastosowaliśmy się do naukowych zaleceń nie rezygnując przy tym z regularnego bicia się w piersi i powtarzania, że bardzo zgrzeszyliśmy myślą, mową i uczynkiem.
Na pierwszym miejscu stawiamy zawsze myśl, ponieważ wygenerowane myśli, emocje i intencje nigdy nie giną, jako że energia nigdy nie ginie!
MYŚL jest czynem, tylko nie w tym momencie i to, co na górze - w sferze mentalnej, pojawia się wcześniej czy później na dole, w świecie materii.
Maria MagdalenaWizja naładowana emocjami i wsparta potęgą drugiej czakry jest w tym przypadku jak para wodna, która po nasyceniu rozsadza kocioł, wydostaje się na zewnątrz, a wtedy za późno na przejęcie jakiejkolwiek kontroli, bo po prostu DZIEJE SIĘ!
Dlatego działo się zawsze, mimo że jawnogrzesznice (dziwnie jakoś głównie kobiety) kamienowano, torturowano, topiono, wieszano lub palono, ale...
któż mógł powstrzymać wezbrane wody Nilu?

Gdy skończyły się bestialskie wyroki i infantylna wiara w osmolone piekło, nabrzmiałe fantazje erotyczne purytanów niczym zawartość puszki Pandory wybuchły rewolucją seksualną.
I jak to bywa w przypadku gwałtownych przewrotów, doprowadziły do upadku wszelkich wartości. W szybkim czasie ujawniły się najróżniejsze zboczenia, a w łagodniejszej formie zatriumfowała moda na partnerów z przydrożnego baru i rozkosz wykluczającą jakikolwiek kontakt duchowy czy wymianę emocjonalną.
Głód głębszych przeżyć i wyścig sfrustrowanych szczurów przerodził się w rozpaczliwą pogoń za utraconą radością tworzenia i gorączkową żądzę posiadania ŻĄDZY.
Wywołuje się ją więc sztucznie coraz bardziej wyrafinowanymi metodami goniąc za iluzją czegoś, czego od dawna brak w wypalonych wnętrzach.
Na tym tle opis Sodomy i Gomory wydaje się być igraszką harcerzyków, a fatalnie użyta siła tworzenia automatycznie zamienia się w siłę niszczenia. Zgnilizna moralna stanowi zawsze zapowiedź upadku kolejnej kultury.
Na razie powszechne wyuzdanie nałożyło się na nie oczyszczone umysły i wewnętrzny kodeks, nakazujący uciąć gorszące nas części ciała. A zatem nic dziwnego, że tyle mamy dziś raków macicy lub prostaty, wyciętych jajników czy piersi.
"Moja wina, moja wina" wymaga kary, więc podświadomość precyzyjnie stosuje się do wszczepionych jej zasad.


Podążaj za swoimi pragnieniami, a odnajdziesz pokój- mawiają yogini, co nie znaczy, bynajmniej folguj im bez umiaru i bez namysłu.
Gdy rzeczywiście pojawi się prawdziwa żądza (stan zakochania - jak kto woli), mistrzowie zalecają podążyć, ale przede wszystkim w podróż do najgłębszych pokładów nieświadomości.
Tam, gdzie znajduje się ciemna, mistyczna strona, obwarowana wizjami piekła i potępienia, bezwzględnym zakazem, bólem albo najzwyczajniej - kompleksami i lękiem. Lękiem przed nieznanym, przed utratą starego porządku, przed odrzuceniem, śmiesznością, byciem porzuconym, zranionym lub... ciężko ukaranym.
Odważny wgląd w mroczne zakamarki duszy przedstawiany jest w bajkach jako ostatni etap w drodze po  uwięzioną księżniczkę, strzeżoną przez potwory. Śmiałek musi po trupach poprzedników przejść np. przez wąską bramę i stoczyć z nimi walkę, przechytrzyć lub za nic nie pozwolić odciągnąć im swojej uwagi. Ta ostatnia bowiem winna być skierowana wyłącznie na cel.
Tego właśnie uczy yoga: duchowej koncentracji na celu - wbrew wszelkim ale i wbrew potworom lęku, z którymi na tej płaszczyźnie trzeba się ostatecznie rozprawić.
W pierwszej kolejności winniśmy jednak zbadać, co jest tym prawdziwym celem, czego tak naprawdę pożądamy i co da nam spełnienie? Na czym mamy się skoncentrować?
Być może wcale nie o księżniczkę tu chodzi, ale o wspomnianą wcześniej fascynację, poczucie doskonałości i spełnienia, zachwyt, radość tworzenia, ufność i miłość - także do samego siebie?Jeśli naprawdę chcemy tego doświadczyć, musimy dostroić się do wizji wymarzonej przyszłości i przygotować duszę tak, jak stroiciel fortepianu przygotowuje instrument, by zagrać na nim pożądaną melodię.
Wytęsknione uczucia musimy zatem głęboko w sobie mieć, wydobyć je i rozwinąć, bo "Każdemu (...), kto ma, będzie dodane tak, że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma."  (Nowy Testament MT 25,29)
Nieocenioną pomocą w takim przypadku są - jak zawsze - piramidy Yantra, ponieważ ich energia wielokrotnie wzmacnia uczucia, jakie musimy rozdmuchać niczym iskierki w wygasłym ognisku. To znacznie przyśpiesza rezultat.                                                                   

Gdyby Stwórca chciał w nas widzieć bezpłciowe aniołki, od początku rozmnażalibyśmy się np. przez fragmentację plechy. Dał nam jednak żądzę i pragnienia, byśmy na drodze do realizacji rozwinąć mogli najwyższy potencjał twórczy, uczucia wyższe, pomysłowość i siły duchowe.
W ten sposób zamieniamy szare na złote szlifując osobowość jak diament w procesie tworzenia siebie wciąż na nowo, a potężna energia twórczej mocy -  zamiast być stłumiona, -wykorzystana jest właściwie.
W ten sposób człowiek staje się panem samego siebie i twórczym władcą swojego losu. Im więcej zaś wygenerowanych myśli dotyczących szczęścia i im więcej cudownych wizji spełnienia, tym lepiej dla nas i dla całego globu.

Zawsze też, po żmudnej pracy nad doskonaleniem siebie lub po długich wysiłkach nad mistrzowskim opanowywaniem warsztatu (instrumentu, malarstwa lub pisania&), następuje w końcu moment NAGRODY czyli nieskrępowany wybuch potężnej mocy urzeczywistniającej każdą ideę. Wtedy to pojawia się muza, a w następującym potem procesie tworzenia nie może być mowy o żadnym naśladownictwie, tylko o prawdziwym akcie twórczym - o chwili, kiedy przeciwieństwa będące dotąd wobec siebie w opozycji, element męski i żeński, stapiają się w jedną całość, by w wyniku eksplozji wewnętrznego bogactwa stworzone zostało coś, czego do tej pory świat jeszcze nie widział.
Jak wielkie powstaje wówczas dzieło (lub nowy człowiek), zależy od świadomości twórcy. W takiej to chwili wtajemniczenia wszelka walka z niezwyciężonymi siłami Natury z góry skazana jest na przegraną, bo potęga Svadisthany potrafi być jak fala oceanu. Nikomu jeszcze nie udało się jej powstrzymać, a jeśli nawet, to w końcu - choćby po kilkuset latach - tłumiona zbyt długo MOC przerywa najbardziej masywną tamę i konsekwencje trudne są do przewidzenia.
Dlatego najlepsze, co możemy w porę uczynić, to przyjąć boski prezent, poddać się obezwładniającej strzale Amora i choć raz na chwilę stracić panowanie nad sobą, skapitulować, posmakować, do końca zrozumieć..., by w wyniku uzyskanych doświadczeń stracone panowanie z powrotem odzyskać.
Dzięki doświadczeniu uczymy się obchodzenia z twórczą siłą tak, jak surferzy obchodzą się z falą oceanu, bo władać i panować nie znaczy pokonać, unicestwić ani zdusić tylko POZNAĆ i sprawić, żeby okiełznana moc służyła nam i sprzyjała.
Tam zaś, gdzie odgórnie panują surowe zakazy i rządzi STRACH, z którym nie wolno się mierzyć, tam, gdzie trzeba się za wszelką cenę przeciwstawić podszeptom diabła oraz tam, gdzie dla odmiany wszystko jest dozwolone i hulaj dusza, rozwój duchowy stoi w miejscu, a moc ulega wypaczeniu. 
                                                                    

Na koniec warto by jeszcze ustalić, kto lub co kieruje prawami Natury i z jakich powodów psotny Amorek tak straszliwie z nas czasami drwi.
Naukowcy twierdzą, że bezrozumna żądza jest wynikiem działania narkotyków pochodzenia wewnętrznego, na których produkcję nie potrafimy świadomie wpłynąć i którym nie potrafimy się oprzeć.
Gdy odurzony człowiek czuje, że go porywa, że gotów jest fruwać, tworzyć, przenosić góry, a przy tym odbiera ze szczególną wrażliwością muzykę, poezję lub dostrzega cudowność barw..., to zalewa go niczym powódź odpowiedzialna za namiętność i poczucie szczęścia  fenyloetyloamina.
Jest to związek chemiczny przypominający w działaniu amfetaminę, obecny również w czekoladzie. Wydziela się na samą myśl o osobie ukochanej - z tendencją spadkową max do 4 lat, gdyż inaczej mózg nie mógłby pracować normalnie a szczęśliwiec nie byłby zdolny przenieść swoich uczuć na dzieci.
Za seksualność, błogostan, zapał do działania, sprawność i entuzjazm odpowiedzialne są jeszcze inne hormony (np.dopomina i noradrenalina), a bardzo istotna jest tu zbliżona do morfiny endorfina. Produkowana tylko w obecności partnera koi emocje, łagodzi ból, zmniejsza napięcie, odpowiedzialna jest za przyjaźń, przywiązanie, harmonię, daje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i życiowego optymizmu. Dzięki niej pary uzależniają się od siebie na całe życie, ale tu już weszliśmy w obszar czakry czwartej (Anahaty).
Może być, że każda z tych substancji produkowana jest przy innym partnerze, tak jak przy każdym z nich pobudzana jest inna czakra, a wówczas "osiołkowi w żłobie dano, w jednym owies, w drugim siano"! Jeśli nie męki wyboru, to czekają go starania, by dwie kochane osoby nigdy się nie spotkały.
"Hormony miłości" sprawiają też, że nieszczęśnik porzucony lub beznadziejnie zakochany odczuwa torturę podobną do głodu narkotycznego. Towarzyszą mu przy tym wynikające z niedoborów lęki, depresje, spadek libido, jałowość uczuć, gwałtowne zachowania, a nawet skłonność do przestępczości...
Z tego powodu farmaceuci tworzą substytuty, byśmy uczucie spełnienia i radości otrzymać mogli na receptę lekarza i jest to typowy przypadek, kiedy czysty rozum nie wykazuje się MĄDROŚCIĄ. Szczęście w tabletkach to coś takiego jak rozwój duchowy na video.

Naukowcy odkryli również, że ludzie odczuwający wobec siebie wstręt fizyczny, posiadają niebezpieczne dla potencjalnego potomstwa wady genetyczne. Idąc tym tropem można by przypuszczać, że para połączona głęboką żądzą, płodziłaby geniuszy, ale to tylko hipoteza, której hołdowali Sumerowie. Możliwe, że w ten sposób przychodzą na świat dzieci po prostu powołane do życia w myśl Wielkiego Planu, więc musi się dziać!


Zdaniem specjalistów od prawa karmy szczególnie silne pożądanie łączy nie spełnionych kochanków z poprzednich inkarnacji, a Moc ich przyciągania jest wprost proporcjonalna do intensywności tworzonych niegdyś, choć zapomnianych już myśli i uczuć.
Dalsze tłumienie mocno już nasyconej żądzy może sprawić, że przy następnym spotkaniu popęd przyjmie formę szaleństwa.
Podobnie gwałtowna i dzika żądza dotyka karmicznych wrogów, którzy mają sobie do "oddania" wiele cierpień. Wynika to stąd, że cienka granica dzieli namiętność od wściekłej zawziętości. Obie są jednakowo gorące i wiążą ludzi ze sobą równie skutecznie.
Żeby nie tworzyć więcej piekła na Ziemi wrogowie otrzymują szansę zrównoważenia dawnych ciosów wszechogarniającą miłością, dzięki czemu mogą świadomie lub nieświadomie usunąć ze świata stare konflikty.
Tłumienie popędu grozi w takim przypadku ponownym wybuchem nienawiści i rozpoczęciem zażartych sporów na nowo.
W obu tych skrajnych przypadkach (istnieją miliony możliwości pośrednich) nie jest też korzystne tworzenie stadła małżeńskiego. Gdy spada produkcja hormonu szczęścia, kochankowie rzadko mają sobie do zaoferowania coś więcej poza spełnieniem przedawnionych wizji erotycznych, a gdy partnerstwo pozbawione jest wspólnych celów i upodobań, z reguły się rozpada.
W przypadku wrogów natomiast, jeśli nie rozwinęli tolerancji i zdolności wybaczania sobie na co dzień, przy pierwszych głębszych urazach zabijają się garnkami z tą samą pasją, z jaką niegdyś padli sobie w ramiona.


Powszechną skłonność do nietrwałych związków lub bigamii potwierdza nie tylko chemia, nauka o czakrach i karma, ale także astrologia, ponieważ zupełnie inne planety decydują o porozumieniu partnerskim, a zupełnie inne - o doborze seksualnym i z woli Nieba te dwie sfery niezwykle rzadko pozostają w harmonijnych układach.
Niektórzy specjaliści są zdania, że tylko ca. 10% par posiada aspekty, łączące poczucie jedności i autentyczną miłość z fascynacją erotyczną, porozumieniem intelektualnym, wspólnymi celami, gustem, zwyczajami... itd. Reszta wiedzie życie nie do końca spełnione, zakłamane lub wręcz rozwiązłe.
Wobec tego zmienia się znaczenie słów Kanta "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie", chyba że miał on na myśli prawo moralne św. Augustyna: "kochaj i rób, co chcesz"?
Chodzi tu już jednak o miłość bezwarunkową (płynącą z serca, nie Swadisthany) i trzeba mieć nadzieję, że w Nowej Erze będziemy ją rozwijać.
Powodowani wyższą świadomością, rządzących nami praw ziemskich, kosmicznych i karmy, bardziej może tolerancyjni i wielkoduszni, pozwolimy, że zacznie rządzić ZROZUMIENIE.
Ciekawe, jaki będzie wówczas obowiązywał ideał prawości i jakie ustanowimy zasady, bo jakieś przecież istnieć muszą. 

                                                                 ...

Żądza, którą ani poślubić ani stłumić, spotkanie muzy, gorąca miłość albo wola boża (niepotrzebne skreślić), może przytrafić się każdemu - bez względu na wiek i pozycję - raz, wiele razy lub nigdy w danym życiu. I czy jest to nagroda, wtajemniczenie, wstęp do rozwoju duchowego, splot karmiczny, chemia, pokusa diabła czy płodne plany boga Natury nijak to się ma do naszych celibatów i obietnic "póki śmierć nas nie rozłączy". Nawet Bóg ojciec nie może wymagać od nas zobowiązań sprzecznych z naturą, którą stworzył, toteż wcale tego od nas nie wymaga.
To my, kierując się panicznym lękiem przed bólem przemijania wymyśliliśmy przysięgi, śluby, śmiertelny grzech względnie skrupuły wobec cudzej "własności", by uzależnić i związać to, o czym w głębi ducha wiemy, że i tak przeminie.
Paraliżujący strach przed karą ma nam zapewnić trwanie tam, gdzie panta rei (wszystko  płynie - Heraklit z Efezu). A niezależnie od naszych wysiłków, żądza pozostała dzieckiem wolności!

Narzucony wewnętrzny kodeks etyczny mówiący o bezwzględnej karze tam, gdzie wszystko działa jak Natura chciała, w żadnym razie nas nie zmienił. Zrodził tylko wiele moralnych niepokojów i wewnętrznego rozdarcia, a w konsekwencji sprawił, że odpychamy własne wnętrze, żyjemy w kłamstwie, buntujemy się przeciw Bogu aż po ostateczny brak wszelkich zasad, w skrajnych przypadkach ulegamy dewiacji. Powszechna obłuda napełnia dziś kieszenie dziennikarzy śledzących podstępnie afery z życia gwiazd oraz wzbogaca prawników od spraw rozwodowych, którzy muszą udowodnić komuś WINĘ.
W dawnych kulturach rolę oczyszczającą spełniały
takie święta jak Bacchanalia


Tymczasem diabelskie sztuczki rozpisane są w gwiazdach, stworzonych przez Najwyższego niczym program matrixu. Naszym zadaniem jest się w tym wszystkim połapać na ścieżce samopoznania i - jak zawsze - połączyć to, co w nas boskie z tym, co ziemskie, maksymalnie uszlachetniając mieszkające w nas zwierzę.

Bogobojni chrześcijanie - niezdolni do ekspresji twórczej i transformacji energii w rozwój duchowy, rozszerzają liczbę chorych psychicznie, bo w warunkach sztormowych nie mogą dłużej panować nad "falą oceanu". Szczególnie, gdy na końcu epoki przybiera ona rozmiary tsunami, jest już za późno i dewianci rzeczywiście nie są zdolni pohamować siły Svadisthany.
Tak, jak nikt nie potrafi powstrzymać wzburzonej rzeki, która przerwała tamę.
Potęga, którą mieli zawładnąć, nazbyt długo odpychana włada teraz nimi.
Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni i od nas tylko zależy, czy zaczniemy krwawe polowanie na pedofilów i kolejne, obłąkańcze "palenie czarownic" czy - przebudzeni - zajmiemy się uzdrawianiem przyczyn.




POWRÓT                                          LINKI GŁÓWNE                                             DRUKUJ